środa, 30 maja 2018

Przystanek Socorro

Byliśmy już na Socorro kilka tygodni i pobyt w sumie powoli dobiegał końca. Wyspę już mniej więcej zeszliśmy wzdłuż i wszerz tam gdzie się dało. Socorro to niewielka wyspa, w średnicy ma około 22km ale cała porośnięta jest buszem oraz kaktusami. Roślinność podobna w wyglądzie do tej wokół Morza Śródziemnego – sukulenty, roślinne pełne kolców i ostrych gałęzi. Innymi słowy – dramat do przejścia, bez maczety ani rusz. Maczetę mieliśmy, ale mimo wszystko przejście wyspy stanowiło nie lada wyzwanie. Zwłaszcza z warzącym kilkanaście kilogramów plecakiem, wyładowanym sprzętem służącym do badań, jedzeniem, wodą, próbkami skał, kuchenką, sprzętem do gotowania, akcesoriami do spania typu śpiwór, karimata oraz przytroczonym namiotem i młotem geologicznym. Z całym tym takielunkiem trzeba było przedzierać się przez ten busz, drogę torując maczetą. Nie rzadko musieliśmy wspinać się po prawie pionowych ścianach, czy chodzić niebezpiecznie blisko krawędzi klifów kończących się w rozszalałym oceanie. Pewnego pięknego dnia schodziliśmy kanionem wyschniętej rzeki w stronę oceanu i natrafiliśmy na 50m ścianę starego wodospadu. Musieliśmy schodzić w dół po średnio stabilnym zboczu złożonym z osadów piroklastycznych a potem tą samą drogę pokonać w przeciwnym kierunku. 

Relaks na Playa Blanca
Roślinność na Socorro, niedaleko wulkanu Everman.
Czasem trzeba było się czołgać.
Tak Socorro dawała nieźle w kość. Mogłabym porównać ją do Izabeli Łęckiej z książki „Lalka”. Człowiek się męczy, cierpi i produkuje a na koniec otrzymuje coś w stylu wzruszenia ramionami. Nie dość, że teren jest ciężki to i geologia nie łatwa w interpretacji. Socorro to jedyny na Oceanie Spokojnym w większości peralkaliczny wulkan. Znaczy to, że wyspa w większości złożona jest z osadów piroklastycznych o kompozycji ryolitycznej (bogatej w krzemionkę) co jest dość niecodzienne na obszarach nie posiadających strefy subdukcji. Osady piroklastyczne na Socorro w dodatku przeszły proces zwany reomorfizmem co jest odmianą metamorfizmu w którym bardzo gorące osady ulegają kompakcji i w ostatecznym rozrachunku bardziej przypominają wycieki lawy aniżeli tuffy. Osady piroklastyczne na Socorro są do tego bogate w kryształy co dodatkowo sprawia, że można je pomylić z lawą. Co tu dużo mówić: ta wyspa to personifikacja Izabeli Łęckiej.
Tak jak już wspomniałam badania nie należały do łatwych ale była to niesamowita przygoda! Wyspa Socorro leży około 700km od wybrzeża Meksyku w archipelagu Revillagigedo i jest niezamieszkała. Jedyną infrastrukturą na wyspie jest baza meksykańskiej marynarki wojennej, dlatego każdy chcący odwiedzić wyspę potrzebuję przepustki wydanej przez wojsko. Kiedy mam już załatwiony permit pojawia się kolejne przedsięwzięcie: transport. Trzeba jakoś dostać się na tę wyspę! Mamy w tym momencie dwie opcje: jeżeli mamy znajomości i status VIP możemy polecieć wojskowym samolotem i cała podróż trwa 2 godziny; Jeżeli zaś jesteśmy przegrywami i życie poświęciliśmy badaniu jakiś dymiących gór pozostają nam 3 dni na wojskowej łodzi, która pamięta II Wojnę Światową.

Łódź wojskowa przed bazą wojskową na wyspie.
W drodze na Socorro.
Cóż, jak nie trudno się domyślić pozostało mi szykowanie zapasów na romantyczną podróż łodzią przez Pacyfik. 1 kwietnia 2018 zjawiliśmy się w porcie w malowniczej miejscowości Manzanillo, która jest największym meksykańskim portem na Pacyfiku i centrum handlu narkotykami w stanie Colima. Jak to kiedyś powiedział przemiły kierowca taksówki wiozący mnie do Barra de Navidad – „Manzanillo to piękne miasto! Są tutaj tylko dwie mafie!”. Tak więc czekaliśmy kilka godzin na spóźnioną łódź w towarzystwie 5 meksykańskich studentów z Uniwersytetu Colimskiego, pięcioma kartonami jedzenia, plecakami, namiotami, kamera termalną i sprzętem do konserwacji urządzenia służącego do pomiaru Radonu (znajdującego się w tym czasie na służbie na Socorro) oraz sprzętem do pomiaru temperatury fumaroli i temperatury w jaskiniach lawowych, polowymi komputerami oraz kanistrami zawierającymi 160L paliwa do łodzi i samochodu na wyspie. Całość wyładowaliśmy w porcie i po kontroli z udziałem psów mogliśmy po chyboczącym się pomoście wejść ze wszystkim na pokład. Usytuowaliśmy się z całym sprzętem na pokładzie, spaliśmy pod gołym niebem dwie noce. W dzień nie było w tym miejscu nawet kawałka cienia a w nocy wiało tak, że budziłam się co kilka godzin. Najgorsze jednak było chodzenie do toalety po chyboczącej się łodzi w środku nocy ale ostatecznie jakoś daliśmy radę. W dzień przed słońcem chowaliśmy się pod szalupą na dziobie. W pewnym momencie oczywiście jeszcze musiał zepsuć się silnik i na wyspę dopłynęliśmy z 4-godzinnym opóźnieniem. Rozładunek zajął kilka godzin i wreszcie po niecałych 3 dniach na morzu postawiliśmy stopę na Socorro. 

Sypialnia na pokładzie, w tle wschód słońca.
Lądowisko dla helikopterów na łodzi, zajęte przez podróżnych udających się na Socorro.
Baza wojskowa była większa niż się spodziewałam. Składało się na nią kilka budynków mieszkalnych przeznaczonych dla przyjezdnych, baraki dla żołnierzy, biura, jadalnia, siłownia, plac apelowy, sala imprezowa oraz malutki sklepik z ciastkami i coca-colą. Jedzenie w bazie było bardzo dobre, głównie opierało się na mięsie i tortilli, co jakiś czas jedliśmy też ryby a raz nawet kucharz zaserwował homara! Idąc w teren z reguły otrzymywaliśmy od wojska tuńczyka, płatki śniadaniowe, krakersy i mleko. Do tego mieliśmy własne jedzenie, które kupiliśmy wcześniej w Colimie. Będąc w bazie spaliśmy w domku z łazienką, a w terenie oczywiście w namiocie. Z reguły jednak nie zostawaliśmy w terenie dłużej niż 2-3 dni z uwagi na wodę pitną. Na wyspie nie istnieje żadne źródło słodkiej wody, dlatego musieliśmy zawsze brać dodatkowe zapasy – czasem nawet 12L na osobę. Z transportem bywało różnie, czasem wychodziliśmy z bazy i wszystko robiliśmy na piechotę, a czasem korzystaliśmy z uprzejmości armii i dostawaliśmy podwózkę samochodem lub łodzią. Wyspy praktycznie nie da się całej przejść na piechotę głównie przez brak wody oraz niedogodny teren dlatego w niektóre miejsca płynęliśmy małą motorówką. Fale oraz wybrzeże niestety często stwarzały niebezpieczne dla łodzi warunki więc nigdy nie udało nam się podpłynąć do samego brzegu. Raz płynąć na plażę pod Cabo Pierce musieliśmy wyskoczyć z łodzi i dopłynąć wpław do brzegu, a kiedy próbowaliśmy dostać się na Playa Blanca i Palma Sola musieliśmy wyskoczyć z łodzi na skały. Potem żołnierze z łodzi rzucali nam sprzęt i plecaki, które musieliśmy złapać stojąc na skałach. Manewrowanie łodzią i dostanie się na brzeg nie należało do łatwych ale na szczęście nigdy nie uszkodziliśmy sprzętu ani żaden plecak nie wylądował w oceanie.
Baza wojskowa na wyspie
Nasza kwatera w bazie.
Pewnego dnia jeden z moich kolegów postanowił wybrać się w teren samodzielnie po tym jak reszta miała dość i marzyła tylko o odpoczynku. Załatwiłam mu łódź na ranek i w towarzystwie czterech żołnierzy popłynął na północny kraniec wyspy gdzie chciał dostać się do jednej z wyschniętych rzecznych dolin. Podróż zajęła nieco ponad godzinę zanim zbliżyli się do wejścia do doliny. Wydawało się, że nie wejście na brzeg nie jest możliwe ponieważ wszędzie wznosiły się ponad 3-metrowe klify. Chłopcy postanowili jednak podpłynąć bliżej, pomimo wysokich fal, aby przyjrzeć się wybrzeżu i poszukać miejsca gdzie można by było przeprowadzić desant. Gdy zbliżyli się do brzegu fale zaczęły kierować łódź niebezpiecznie blisko skał dlatego postanowili zawrócić… i wtedy silnik stanął. Prąd kierował łódź wprost na skały dlatego wszyscy musieli wskoczyć do wody i przy pomocy lin starać się wyprowadzić motorówkę ku pełnemu morzu. Operacja zajęła im 3 godziny po czym zupełnie wykończeni legli na łodzi, która udało się postawić na kotwicy. Wtedy okazało się, że radio nie działa, a procedura wojskowa w przypadku zaginięcia łodzi uruchamiania jest dopiero jeżeli nikt nie wróci do godziny 19. Tym sposobem chłopcy spędzili 10 godzin uwięzieni na motorówce na oceanie łowiąc ryby w rezerwacie biosfery morskiej. Pod koniec dnia, gdy wreszcie wojsko doholowało ich z powrotem do bazy, mieli ponad cztery wiadra ryb. Do tego twierdzili, że na haczyk załapało się też kilka rekinów i ośmiornic, które wypuścili do wody. Następnego dnia cała baza na obiad jadła smażoną rybkę. Najlepszym widokiem byli inspektorzy ochrony środowiska wcinający świeżą rybę złapaną na obszarze chronionym!

Klify przy Cabo Pierce na wschodnim wybrzeżu wyspy.
Na wyspie można było natknąć się na wielu ludzi. Zdecydowaną większość stanowili żołnierze jednak sporo było też ekip filmowych, nurków, fotografów oraz uniwersyteckich grup badawczych skupionych głównie na biologii i ekosystemie. Pewnego dnia samolotem przylecieli też członkowie fundacji „Mexico Incluye”, którzy zorganizowali pierwszą w historii ekspedycję na wyspę z udziałem osób niepełnosprawnych. Także, wyspa niby odosobniona i niegościnna, ale gości miała dość sporo. Udało mi się nawet wystąpić przed kamerą i udzielić komentarza na temat Socorro dla jednej z ekip filmowych, kręcących dokument dla telewizji ekwadorskiej!
To tyle jeżeli chodzi o ogólny opis wyprawy na wyspę i realiów podczas naszego pobytu tam. W kolejnych wpisach będę po kolei przybliżać geologię Socorro, poszczególne prace terenowe oraz codzienność w bazie wojskowej. 

Wywiad dla ekwadorskiej telewizji; Każdy ma swoje 5 minut.