czwartek, 5 stycznia 2017

Podsumowanie roku 2016

Nigdy nie czułam potrzeby pisania tak zwanych podsumowań roku. Nie kręciło mnie to w żaden sposób i nie widziałam za bardzo sensu opisywania wszystkiego w pigułce. Jednak ostatnio przeczytałam kilka takich postów na innych, dojrzalszych blogach podróżniczych i stwierdziłam - w sumie czemu nie napisać czegoś podobnego? Może nawet wyjdzie z tego fajny, ciekawy wpis podsumowujący krótko cały rok, który był dla mnie niezwykle intensywny. Także, oto i ono: podsumowanie roku 2016 Na Rozdrożu.

Świątynia Wat Arun w Bangkoku
Rok 2016 powitałam na środku drogi w Aberystwyth w Walii gdzie byłam jedyną osobą otwierającą szampana (z najtańszego sklepu 24h). Potem już wszystko ruszyło jak lawina. Gdy tylko przebrnęłam przez sesję, dzień po ostatnim egzaminie i po suto zakrapianej alkoholem nocy wyruszyłam na wymianę studencką do Japonii. Przez dwa tygodnie mieszkałam u japońskiej rodziny w Yosano-cho w prefekturze Kyoto. Każda chwila spędzona w Japonii była cudowna. Miałam niezwykłe szczęście bo miałam okazję mieszkać z japończykami i uczestniczyć w ich codziennych zajęciach takich jak szkoła czy prowadzenie domu. Poznałam wielu wspaniałych ludzi oraz doświadczyłam japońskiej kultury, która fascynowała mnie od dawno. Pamietam jak dopiero co wylądowalismy w Osace po 11-godzinnym locie i zaraz potem ruszyliśmy do Kyoto. Pierwszą rzeczą jaka zobaczyłam w Japonii byl chram Fushimi-Inari Taisha w Kyoto. Zachwyt jaki wtedy mnie ogarnął towarzyszył mi juz przez całą wymianę i do dzisiaj mnie nie opuścił.

Charm Fuskimi-Inari Taisha w Kyoto.
Pyszniutki Ramen z Ayą w Kyoto

Przed wejściem do Chramu Shinto należy oczyścić się w odpowiedni sposób

Stare miasto przy chramie Fushimi-Inari w Kyoto
Spędziłam w Japonii zaledwie 2 tygodnie, ale były one niesamowicie bogate w doświadczenia. Odwiedziłam fabrykę kimon oraz prześledziłam wszystkie etapy produkcji jedwabiu, uczyłam się kaligrafii, jadłam ciasto z ziemniaka, byłam w japońskim przedszkolu, podstawówce i liceum gdzie dostałam propozycje małżeństwa, widziałam piękne chramy shinto i świątynie buddyjskie w Kyoto, nosiłam kimono, własnoręcznie farbowałam jedwab, uczyłam się jak przyrządzać Tako-yaki (pierożki z osmiornicą) i makaron soba, spróbowałam sushi z kawiorem i króla wszystkich zup - Ramen, włączyłam muzykę na toalecie-robocie, byłam w japońskiej telewizji, jadłam wspaniały obiad z rodzicami mojej host-mamy Ayi w domu pełnym mat tatami przy tradycyjnym japońskim stole kotsuke i notorycznie cierpły mi nogi od siedzenia na kuckach... Przede wszystkim jednak wspaniale się bawiłam i wyjechałam z Japonii bogatsza w doświadczenie i przyjaciół, z obietnicą rychłego powrotu. 

Z moja japońską rodzinką - Aya, Takashi, Ema-chan i malutka Rene-chan, przy świątyni Ginkaku-ji w Kyoto.
Dziewczyny ze szkoły średniej "Kayagani"


Obiad z rodzicami Ayi w Yosano-cho
Świątynia Byodo-in w Kyoto
Po powrocie z Japonii starałam się jakoś ogarnąć studia i pracę po czym w Wielkanoc wybrałam się na tydzień do Portugalii (hajs miał być na prawko, ale jakoś tak wyszło...). Słońce świeciło, owocki były przepyszne a wino tanie. Słuchałam fado w małej knajpce w Lizbonie i zwiedzałam Porto ze zwariowanym Helderem, który opowiadał mi historie o Diuku Ribeiry. Potem piekliśmy tradycyjne portugalskie wielkanocne ciasto i musiałam przez 30 minut trzeć jajka na kogel-mogel, a potem piłam Martini w ruskiej czapce z sierpem i młotem. 
Grafitti w Lagos - nigdy nie widziałam tylu przepięknych murali co w Portugalii
Wybrzeże Lagos

W Porto z naszym hostem Helderem
Reszta Marca upłynęła mi pod znakiem couchsurfing'u i namiętnie hostowałam zbłąkane dusze podróżujące po Walii - dwie Niemki na erasmusie, Bethan - dziewczynę z Australii podróżującą po Europie, Danę - Niemkę chcącą zostać biologiem morskim i parkę z Ameryki w podróży dookoła świata. Zaraz potem pod koniec marca pojechałam na tygodniowy geologiczny kurs terenowy do Kornwalii przez co wywalono mnie z pracy, ale za to zobaczyłam mnóstwo odmian granitu, oraz przeszłam się po Ofiolicie na półwyspie Lizard (fragment skorupy oceanicznej na skorupie kontynentalnej), więc warto było! :) 
Półwysep Lizard w Kornwalii
Zaraz po zakończeniu roku akademickiego wyfrunęłam do Maroka, gdzie przez 2 tygodnie jeździłam stopem z koleżankami. Maroko mnie oczarowało... między innymi: trafiłyśmy na cudownych hostów w Rabacie (Souhilla i Drissa), którzy pokazali nam miasto, nauczyli podstawowych arabskich słówek i zaprosili na wspaniały obiad zrobiony przez mamę Souhilla; w Fezie zjadłam najcudowniejszy kuskus mojego życia; w Meknes poznałam Kamala, a w Safi Hassana, którzy obaj urzekli mnie swoją gościnnością; w Casablance śmiałam się do łez z Hichamem a potem dojechaliśmy do Safi, gdzie lata temu mieszkał i pracował mój tata; w Safi zupełnie przypadkiem poznałyśmy Muhammada aka Jimmiego, który zaprosił nas na noc do swojego domu a potem pojechał z nami na stopa do Essauoiry gdzie poszłyśmy do hamamu i zobaczyłam mnóstwo gołych pań; w Sidi Kauki surfowałyśmy i jeździłyśmy na wielbłądzie, a potem zgubiłyśmy Ludwikę, która odnalazła się pod koniec dnia; piłyśmy herbatę i grałyśmy na bębnach z Berberami po czym przywitał nas Ramadan i jadłyśmy zupę Harirę z Rahidem, który potem pokazywał nam magiczne sztuczki; Marakesz zalał nas upałem, a góry Atlas orzeźwiły lodowatą wodą, gdy razem z Yousefem pływałyśmy pod wodospadami; Potem przejechałam góry Atlas aż do Quarzazate autostopem gdzie widziałam gliniane domy i dzieci które całowały mnie na powitanie. A tak poza tym to pod Fezem dorwała nas policja, która potem siłą wsadziła nas w autobus prosto do Casablanci - nie zapłaciłyśmy ani grosza.
Pod wielkim meczetem w Casablance z naszym hostem Hichamem
Wielki Meczet w Casablance
Wnętrze jednej z Medres w Fezie

Kamal podwiózł nas z Rabatu do Meknes i zaprosił na przepyszny obiad.
Medresa Al-Attarine w Fezie
Barwne ulice Fezu
Z naszą wspaniałą rodzinką w Rabacie

Z Marakeszu wyleciałyśmy do Rzymu z plecakiem pełnym aromatycznych przypraw i olejku arganowego. A potem na kilka dni zawitałam do domu, gdzie pojadłam pierogów i byłam w Radiu Nysa. Minął tydzień i już byłam w drodze na Santorini, gdzie spędziłam 5 tygodni prowadząc badania terenowe do mojej pracy licencjackiej. 5 tygodni chodzenia po skałach z notesem, lupą i kilofem a potem relaks z drinkiem w barze Tranquilo przy plaży w Perissie. Na Santorini poznałam dwie niesamowite dziewczyny: Zoi z Grecji, która pomagała mamie prowadzić hostel w którym się zatrzymałam i Claudię, szaloną studentkę medycyny z Meksyku. Moja przygoda z Santorini rozpoczęła się dramatem ponieważ, profesor przysłał mi złe szablony map na które miałam nanosić swoje obserwacje. Dlatego pierwsza mapa geologiczna powstała na mapie drogowej. Potem na szczęście dostałam właściwe mapy i dzięki nieocenionej pomocy kumpli (Zoi, Ludwika, Fasol - Dziękuję!) udało mi się je wydrukować we właściwej skali. 

Z Claudią i Zoi na lotnisku na Santorini
Klify Santorini 
Piękne i spokojne Pirgos - mój ostatni dzień na Santorini
Po zakończeniu prac terenowych uściskałam Zoi i Claudię na pożegnanie i wyleciałam z mojej rajskiej wyspy, najpierw do Aten, potem do Bukaresztu i stamtąd do Dubaju. W Dubaju spotkałam się z Sebastianem i Ludwiką. Spędziliśmy w Emiratach 3 dni podczas których kąpaliśmy się w gorącej wodzie Zatoki Perskiej, topiliśmy się w ostrym słońcu i podziwialiśmy architekturę rodem z filmu science-fiction. W Dubaju mieszkaliśmy u Davengera z Radjastanu (Couchsurfing) który niesamowicie pomagał nam przez cały pobyt i potem odwiózł na megalotnisko gdy wylatywaliśmy do Indii. Davenger mieszkał w apartamentowcu z basenem na dachu, z którego rozpościerał się widok na pustynię i okoliczne wieżowce. Zanim dołaczyli do mnie Ludwika i Sebastian pojechałam z Davengerem zobaczyć inne Emiraty; Sardżę i Chur Fakkan.

Z naszym hostem Davengerem w Dubaju
Nowoczesna architektura Dubaju

Burj Khalifa
Do Mumbaju przelecieliśmy rozklekotanym samolotem linii Air India, przez który mam traumę do końca życia. chmury były tak gęste, że samolotem trzęsło jak zabaweczką. W Indiach spędziliśmy jeden dzień, podczas którego chora Ludwika spała w hostelu a ja i Sebastian próbowaliśmy zwiedzić Mumbaj. Indię były dla mnie jak cios prosto w twarz. Po raz pierwszy zetknęłam się z tak ogromną biedą i tak skrajnie złymi warunkami sanitarnymi. Udało nam się wypić masala chai i zwiedzić muzeum Ganghiego, które okazało się niesamowite. Sceny z życia Mahatmy były tam przedstawione jako makiety z lalkami odgrywającymi konkretne scenki - naprawdę nietuzinkowa i przemawiająca do odbiorcy forma!
Muzeum Mahatmy Gandhi'ego
Dworzec kolejowy w Mumbaju
Zatłoczone ulice Mumbaju

Nasz jeden dzień w Indiach szybko dobiegł końca i po kolejnym 6 godzinnym locie AirIndia, który Sebastian przespał a ja spędziłam uczepiona w rękę Ludwiki (w pewnym momencie dziewczyna straciła czucie) wreszcie wylądowaliśmy w Bangkoku. W Tajlandii spędziliśmy około 3 tygodni: zwiedziliśmy kolorowe świątynie Bangkoku; pływaliśmy w Zatoce Tajlandzkiej; piliśmy hektolitry wody kokosowej; jeździliśmy na pace; okradły nas małpy; pływaliśmy w wodospadach Erawan; widzieliśmy jaskinie z wizerunkami Buddy; podziwialiśmy rękodzieło w Chiang Mai i Białą Świątynię w Chiang Rai; Podczas szukana hostelu niechcący weszliśmy do burdelu; widzieliśmy występ transwestytów; Poczuliśmy co znaczy tajski masaż...

Pałac Królewski w Bangkoku
Wyspa Koh Tao
Ruiny w Ayutthayi
Ludwika z małpeczką




Jeżdżenie na pace :)
Nasz pierwszy stop w Tajlandii
Z Tajlandii przejechaliśmy stopem/busem do Kambodży, która przywitała nas mafią na granicy; Zwiedziliśmy Angkor Wat i jedliśmy pająki w Siem Reap. Potem znowu natchnęliśmy się na mafię przy jeziorze Tonle Sap i "uciekliśmy" do Phnom Penh gdzie widzieliśmy pola śmierci. Z Phnom Penh Sebastian wrócił do Bangkoku i potem do Polski a ja z Ludwiką pojechałyśmy dalej na południe do Kampot, gdzie po raz pierwszy wypożyczyłyśmy motor; Była to jedna z najlepszych decyzji naszego wyjazdu! Śmigałyśmy sobie po Bokor Hill i pojechałyśmy do Sihanoukville, które na mapie było tuż obok. W praktyce jednak oddalone było o około 120 km... Co w obie strony daje 240 km. Droga na wielu odcinkach nie miała asfaltu, a dziury miały po pół metra, do tego wypełnione były kamieniami i błotem. Ruch uliczny był jedną wielką masakrą; każdy jeździ jak chce, włączając w to bezpardonowe jechanie pod prąd.
Mnisi w Chiang Mai na północy Tajlandii
Płaskorzeźby w Angkor Wat w Kambodży

Mnich w Angkor Wat
Światynia Ta Phrom gdzie kręcony był Tomb Rider

Kiedy wracałyśmy z Sihanoukville po drodze zastała nas noc, a droga nie była oświetlona. Było tak: ciemno, pędzące ciężarówki, nikłe światełko motorka; Ludwika jako nawigacja; dziury, dziury, dziury... Zanim wyjechałyśmy z Sihanoukville zdążyłyśmy się zgubić i wjechałyśmy w nieoświetloną drogę bez asfaltu gdzie wpadłyśmy w ponad półmetrową dziurę. Ludwika nabawiła się kilku siniaków, ale ostatecznie udało nam się dotrzeć do Kampot! Koleś od którego wynajęłyśmy motor powiedział, że nigdy wcześniej nie słyszał o europejkach które na własną rękę dojechały do Sihanoukville na skuterku i wróciły.

Wiejskie tereny w Kambodży
Okolice Kampot, przy drodze do Sihanoukville
Droga w Kambodży, okolice jeziora Tonle Sap
Droga główna w Kambodży, okolice jeziora Tonle Sap

Z Kampot jechałyśmy ponad 13 godzin na północ do prowincji Ratanakiri gdzie spędziłyśmy 3 dni na trekkingu w dżungli. Spaliśmy w hamakach przy wodospadzie; gotowaliśmy w bambusie na ognisku; jedliśmy świeże pędy bambusa które sami odrąbaliśmy maczetami; piliśmy wodę z drzewa (tak z drzewa); widzieliśmy pająki wielkości dłoni i kilkucentymetrowe komary; spędziliśmy noc w domu jednego z naszych przewodników z jego rodziną.

Nasza sypialnia w dżungli :)

Przygotowywanie kolacji
Termitiera
Gotowanie w bambusie :)
Targ w Ban Lun w prowincji Ratanakiri w Kambodży


Z Ratanakiri wróciłyśmy do Phnom Penh gdzie przyszedł rozstań czas i Ludwika wróciła do Europy a ja pojechałam dalej do Wietnamu już sama. Wietnam powitał mnie aromatyczną kawą i chaosem Sajgonu, który postanowiłam zwiedzać na motorku. Miałam okazję pomagać w lekcji angielskiego w szkole językowej; zwiedziłam deltę Mekongu; byłam na przedstawieniu wodnych kukiełek; odwiedziłam muzeum wojny w Sajgonie; oczarowana jeździłam na rowerku po przepięknym Hoi An i podziwiałam grobowce w Hue; poznałam Amerykanów, którzy jechali trasą Ho Chi Minh'a i postawiłam sobie nowy cel na przyszłe podróże; spałam z karaluchami; pomyliłam drogi i wylądowałam w dżungli na skuterku, gdzie przejeżdżałam przez rzeki w których kąpały się bawoły; zwiedziłam piękne jaskinie w Phnong Nha; Przejechałam trasę Hai Van na motorku; Pływałam kajakiem po Zatoce Ha Long i zbierałam koralowce na wyspie Cat Ba. Wietnam opuściłam pod koniec września wiedząc, że muszę jeszcze tam wrócić bo nie odwiedziłam wielu niesamowitych miejsc takich jak Sapa czy Ninh Binh.

Bazar w Hanoi, stolicy Wietnamu
Delta Mekongu
Hoi An słynie z pięknych latarni

Dzieciaki z Hue w Wietnamie
Droga w okolicy Phnong Nha gdzie zgubiłam się i wylądowałam w dżungli
Kajakowanie w zatoce Lan Ha obok słynnej Ha Long Bay
Uliczni tancerze na przedmieściach Hue

Zatoka Lan Ha w Wietnamie
Z Hanoi poleciałam do Bangkoku skąd przejechałam na Phuket, gdzie spędziłam moje ostatnie 2 dni w Azji. Lot do Kolonii przespałam (tabletki nasenne - moi najlepsi przyjaciele podczas lotów), i po około 14 godzinach byłam w Londynie. Następnego dnia autobusem wróciłam do Aberystwyth w Walii gdzie obecnie studiuję. Szczęśliwie szybko udało mi się znaleźć pracę, ale niedługo potem dowiedziałam się że mój wujek zmarł na raka, przyjechałam więc na 3 dni do Polski. Okoliczności były smutne, ale zobaczyłam się z rodziną. Teraz moje życie kręci się wokół studiów i pracy. Podczas prezentacji licencjatów w grudniu, moja prezentacja została wybrana najlepszą na roku i dostałam butelkę wina od profesorów. W międzyczasie wysłałam aplikację na magisterkę z Wulkanologii (Msc Volcanology) na Uniwersytecie w Bristolu.

Analiza optyczna próbek lawy z Santorini
Clinopirokseny z czerwonymi Oliwinami w szklanym matrixie - zdjęcie mikroskopowe jednej z próbek lawy
Tak skończył się mój rok 2016, jaki będzie 2017 nie wiem i na razie nie snuje żadnych większych planów póki nie załatwię spraw związanych ze studiami. 

W roku 2016:
Odwiedziłam 8 krajów na 3 kontynentach
Nie liczę nawet ile przejechałam kilometrów autostopem, motorem i samolotem 
Wykonałam moje pierwsze samodzielne geologiczne prace terenowe
Zdecydowałam się podążać za marzeniami

W tym roku poza podróżowaniem podjęłam ważną decyzję jaką był wybór magisterki. Od dziecka chciałam badać wulkany i prognozować ich erupcję. Jednak mało kto podzielał moje zainteresowania i często byłam obiektem kpin lub potulnego poklepywania po główce na zasadzie "no mała jak wyjdziesz za mąż to zmienisz zdanie". W tym roku otrzymałam stypendium naukowe Petera Hanckoka, który jednak dostrzegł w mojej pasji sens i postanowił mi pomóc. Kiedy spotkaliśmy się we wrześniu i mieliśmy okazję chwilę porozmawiać powiedział, że imponuje mu moja determinacja. Nie piszę tego, aby się podniecać jaka to jestem super (ochy i achy) ale po to aby pokazać wam, wszyscy którzy dobrnęliście do końca tego wpisu, że każde marzenia nawet te o smażeniu pianek nad lawą aktywnego wulkanu można zamienić w cel. Tyle razy słyszałam już od wielu ludzi o ich marzeniach, wymarzonych kierunkach studiów czy planach które nigdy nie są realizowane bo "po tym nie ma pracy", bo "nie życiowe", bo "rodzina się nie zgadza" czy coś tam. Ja też miałam przez chwilę rozterki, jednak myślę że ostatecznie mam tylko jedno życie i wy też macie tylko jedno życie. Nie można tej szansy zmarnować bo mamy ją tylko jedną, dlatego życzę wam wszystkim determinacji i pasji w Nowym Roku do spełniania marzeń i zamieniania ich w cele. Jeżeli poddamy się na starcie to marzenia zostaną na zawsze w naszych głowach, co uważam za niewybaczalne marnotrawstwo. Cokolwiek by się nie działo i jakkolwiek inni nie próbowali by nas odwieźć od podążania własna drogą, wybór końcem końców zawsze należy do nas.

Gdzieś na drodze w prowincji Ratanakiri w Kambodży

Szczęścia w Nowym Roku życzy Magda!

Autostopem do wściekłej siostry (Lodowiec Mýrdalsjökull i Katla)

W nocy wcale nie było aż tak źle. Spodziewałam się, że wymarznę za wszystkie czasy, ale mój super śpiwór jak zwykle sprawdził się w sytuac...