niedziela, 27 listopada 2016

Tajska szopka - o turystyce w Tajlandii

Podróż do Tajlandii zaczęła się pewnego dnia o czwartej rano w salce komputerowej mojego walijskiego uniwerka kiedy to będąc na wpół przytomna zakupiłam bilety lotnicze linii AirIndia z Dubaju do Bangkoku z około 20 godzinną przesiadką w Mumbaju w Indiach. Gdy koła samolotu w końcu zaryły w płytę lotniska Suvarnabhumi, a ja złapałam pierwszy pełny oddech od czasu wejścia do samolotu (nigdy więcej AirIndia) myślałam, że zaczyna się przygoda. Przygoda przybrała jednak zupełnie inny obrót niż się spodziewałam.

Grand Palace w Bangkoku




Wybrzeże Koh Tao
Atrakcje turystyczne w Ayutthai
Prosta sytuacja: dworzec w Bangkoku, wieczór. Po całym dniu biegania po stolicy, naznaczeni jetlag'iem poszliśmy na dworzec kolejowy z zamiarem kupienia biletów do Chumphon na południu kraju skąd chcieliśmy popłynąć na wyspę Koh Tao. Wchodzimy na dworzec, idziemy do informacji, gdzie pan informuje nas ze do Chumphon jeździ tylko jeden pociąg za 600 bahtów, około (60zł). Potem zostajemy odesłani do oddzielnej kasy dla obcokrajowców gdzie płacimy i wychodzimy. Następnego dnia przychodzimy na ten jeden, jedyny pociąg do Chumphon, a na peronie sami biali + kilku Azjatów. Pociąg podjeżdża, w środku jest stewardessa, poczęstunek, a nawet poduszki i koce, do tego klimatyzacja (PKP się chowa). Jedziemy przez większość nocy po czym zatrzymujemy się w Chumphon, na dworzec od razu podjeżdża autokar przechwytujący turystów chcących udać się na wyspy. Pytamy o bilety na prom, ale odpowiada nam tylko "100 baht, 100 baht, 100 baht...". Próbujemy się dogadać, ale Pani udaje, że nie rozumie (łatwo rozpoznać po sposobie patrzenia). Właśnie! Tajowie są do tej pory jedynym narodem z jakim się spotkałam, który barierę językową potrafi obrócić na swoja korzyść. Naprawdę zadziwiające jest to, jak sprawnie z płynnego angielskiego są w stanie przejść do "kali być, kali móc" kiedy tylko turysta próbuje powalczyć o swoje, albo się dogadać. Nie wierzę, że firmy turystyczne zatrudniają ludzi nie znających języka.

Plaża na Koh Tao
Dowiadujemy się, że musimy zapłacić te 100 bahtów (ok. 10 zł) aby dostać się do portu, i oczywiście ten klimatyzowany autokar do którego własnie ładują się turyści to jedyny środek transportu. Potem nagle Pani w informacji zamyka nam okienko przed nosem i następuje nagłe poruszenie, gdy stewardessy wrzeszczą, że ten własnie jeden, jedyny autobus zaraz odjeżdża i "100 baht". Gdy dojechaliśmy do portu okazało się, że jest to wybudowany specjalnie dla turystów port oddalony o około 25 km od wszelkich osiedli ludzkich skąd oczywiście wypływa jeden, jedyny prom za kolejne 600 bahtów (TBH), pomimo tego ze internet podaje iż kursują co najmniej 3 promy za około 350 TBH. Panie sprzedające oczywiście utrzymują, że tak nie jest a grono turystów karnie ustawia się w kolejce po bilety. Pęka mi żyłka i grzecznie pytam:
- "Przepraszam, ale dlaczego Pani kłamie?"
I wtedy płynny angielski wraca do poziomu "Kali chcieć". 

Posągi buddy w jednej ze świątyń w Chiang Mai
Na prawdę nie chodzi mi o pieniądze, tylko o stosunek do klienta, który jest oszukiwany i eksploatowany. Najlepsze jest wytłumaczenie "nie ma innych opcji", które jest standardowe w Tajlandii. Właśnie ta dezinformacja i oszustwa denerwowały mnie w Azji najbardziej. Dzieje się to na nieprawdopodobną skalę. Do tego bardzo często wprowadza się element zamieszania, aby jeszcze bardziej zdezorientować i tak już pogubionych turystów - jak panie z informacji w Chumphon. Ja rozumiem, że trzeba się targować, że ta cena jest 10 razy wyższa bo jestem biała, ale niestety niesmak jest zbyt duży. Oprócz tego, Tajowie w ogóle nie potrafią się targować, wiele razy gdy próbowałam zbić cenę chociaż troszkę, sprzedawcy obrażali się na mnie. 

Świątynia Wat Phra That Doi Suthep w Chiang Mai
Jednak każdy kij ma dwa końce. Tajlandia w bardzo krótkim czasie stała się czołową destynacją w Azji Południowo-Wschodniej, co wiązało się z nagłym napływem kolosalnej ilości gotówki. Dla przyjezdnych rajskie, tajskie plaże, ciepłe morze i niskie ceny działały jak magnes, więc z każdym rokiem ilość turystów rosła, osiągając w 2015 roku liczbę ponad 29 milionów wczasowiczów.
Niestety życie codzienne w Tajlandii nie należy do łatwych, krajem rządzi wojskowa hunta, istnieją głębokie podziały społeczne i konflikty pomiędzy konkretnymi grupami etnicznymi (tegoroczne zamachy bombowe były wynikiem wewnętrznych napięć). Co więcej, społeczeństwo posłuszne jest skomplikowanemu systemowi norm i obyczajów, gdzie nawet konkretny uśmiech czy ukłon ma głębokie znaczenie i może być różnie interpretowany. Dlatego nie wszystko jest takie proste i tak oczywiste jakby się mogło wydawać. 

Deszczowe popołudnie na Koh Tao
Kobieta w świątyni w Ayutthai
Tajska kultura jest skomplikowana i nie będę próbować jej przybliżać ponieważ nie doświadczyłam jej tak na prawdę podczas mojego zaledwie 3 tygodniowego pobytu. Czuje, że Tajowie schowali ją gdzieś głęboko tak aby była niedostępna dla turystów, nie próbują się nią dzielić, przybliżać jej, ani tłumaczyć w żaden sposób przygodnym przyjezdnym, którzy nie zawsze chcą ją zgłębiać. Jednak wymagane jest jej respektowanie. Lotniska na przykład, pełne są plakatów nawołujących turystów do niekupowania pamiątek z wizerunkiem buddy, ponieważ dla Tajów jest on ważnym autorytetem. W świątyniach natomiast trzeba mieć zakryte kolana i ramiona bo inaczej można zostać wyproszonym. Chodzi się też boso, niekiedy nie można nawet wnieść obuwia w reklamówce. I tutaj pojawia się jedna z wielu tajskich rozbieżności: z jednej strony wymaga się od turystów poszanowania lokalnej kultury a z drugiej niejednokrotnie na potrzeby turystyki ogranicza się podstawowe prawa człowieka. Wystarczy pojechać na północ bliżej Chiang Mai gdzie niektóre mniejszość narodowe mieszkają pod przymusem w specjalnych turystycznych wioskach. Ich wolność ograniczona jest po to, żeby turyści mogli sobie zrobić zdjęcie i aby rząd mógł trzepać forsę. To samo z Tiger Sanctuary, gdzie zwierzęta odurzane są narkotykami i całymi dniami leżą przykute do muru. Wtedy turyści mogą przeżyć niesamowitą przygodę życia: dotknąć naćpanego, na wpół żywego tygrysa, który ledwo zipie. Na pewno wrażenie są niesamowite.
Turystka w "Tiger Sanctuary"
Nie odwiedziłam żadnego z tych miejsc, ale wystarczy, że wejdę na facebooka mojego byłego szefa a znajdę tam cały album z Tiger Sanctuary, gdzie jego żona z uśmiechem na ustach myje małego tygryska. Większość ludzi w tym momencie napisałaby, że nie chcą osądzać, ale ja uważam że są jakieś granice dobrego smaku. Przecież nie po to podróżujemy, żeby krzywdzić innych - ludzi czy zwierzęta. Nie można dla własnej podniety rujnować czyjegoś życia. Tak jak już napisałam, są jakieś granice, a fakt przebywania na wakacjach nie powinien usprawiedliwiać bezmyślnej przemocy. Niejednokrotnie, w Tigers Sanctuary znajdowane były ciała martwych zwierząt, często trzymane w zamrażarkach. W czerwcu po kilkumiesięcznej batalii prawnej Tiger Sanctuary przy świątyni Wat Pha Luang Ta Bua w prowincji Kanchanaburi zostało zamknięte. W środku znaleziono ponad 60 martwych kotów (głownie młode), których ciała trzymane były w zamrażarkach lub były zakonserwowane w słoikach. Świątynia była również zaangażowana w handel akcesoriami i amuletami wykonanymi z członków i skóry tygrysów. Podczas oględzin znaleziono ponad 1600 takich przedmiotów. New York Times podaje, że turyści za wejście do światyni i spędzenie czasu z tygrysem płacili ponad $140, do tego mnisi prowadzili wolontariat zagraniczny! Ludzie przyjeżdżali z całego świata m.in z Wielkiej Brytanii aby zajmować się tygrysami!


Turyści w wiosce Karenów (Długie szyje)
Nawet odrobina edukacji przed podróżą może zrobić wielką różnicę, a w sieci pełno jest relacji z konkretnych Tigers Sanctuary lub z wiosek Karenów. Naprawdę, te miejsca funkcjonują bo jest na nie popyt, jedyną szansą na zlikwidowanie ich jest spadek popytu.
Słonie w Ayutthai

Jest jeszcze głośna sprawa seks turystyki w Tajlandii - temat rzeka, który również można analizować na wielu płaszczyznach. Ping-pong show, seanse seksu na żywo, transwestyci - ilu ludzi robi to z własnej nieprzymuszonej woli, a ilu z desperacji lub pod groźbą? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, a korzystanie bądź nie korzystanie z owych seks usług rozbija się o indywidualne poczucie moralności każdego człowieka. Można trafić na kabaret gdzie poprzebierani faceci wyginają się lepiej niż niejedna kobieta (na pewno lepiej niż ja) i wszyscy doskonale się bawią, a można też trafić do Pattayi gdzie oferowane są seanse seksu na żywo z udziałem fekaliów. "Walking street" w Pattayi jest fenomenem na skalę światową - kluby go go, różnorakie seanse, ogólny dostęp do narkotyków, a to wszystko pod okiem policji turystycznej i królowej Sirikit, której wizerunek znajduje się przy wejściu na ulicę, razem z małą buddyjską kapliczką. Z jednej strony poszanowanie religii i kultury, a z drugiej ich degradacja. Przedmiotowe traktowanie turystów z jednoczesnym ograniczaniem własnych swobód na ich rzecz. 

Dziewczynki na stopniach Wat Phra That Doi Suthep w Chiang Mai.
To jest właśnie ta cała "tajska szopka", która kręci się dzięki pieniądzom turystów. Jest to bardzo smutne, ponieważ obie strony wychodzą z tego poszkodowane, często z niesmakiem, a przecież nie musi tak być. Najgorsze jest to, że jest to sytuacja z której nie ma na dzień dzisiejszy dobrego wyjścia, ponieważ wielu ludzi w Tajlandii utrzymuje się głownie z turystyki. Turystów zaś przybywa ogromna liczba i większość nie rozumie lokalnych problemów społecznych oraz skomplikowanej tajskiej kultury. Myślę, że dzisiejszy dosyć przedmiotowy stosunek Tajów do turystów wynika z tego, że jest ich po prostu jest zbyt dużo, a popyt póki co się utrzymuje. Często też sami przyjezdni pogarszają sytuacje lekceważącym stosunkiem do miejscowych.
Taksówka w Chiang Mai.
Pierwszy autostop na trasie Chumphon - Pretchatburi.
Bariera językowa, oszustwa, trudności w komunikacji - to wszystko po jakimś czasie zaczyna irytować i trudno się dziwić ludziom, że w pewnym momencie wybuchają. Jednak trudno jest się też dziwić Tajom, którzy po prostu wykorzystują sytuację, aby zarobić. Nie chciałam w tym tekście ulec żadnym stereotypom. Wszystko przedstawiłam z własnej perspektywy, tak jak ja to odebrałam. Nie twierdze, że jest to prawda absolutna. Problemy związane z masową turystyką w Tajlandii są wielopoziomowe i analizując je trzeba brać pod uwagę wiele czynników od psychologii i struktury socjologicznej do sytuacji politycznej. Nie będę generalizować i mówić "Tajowie są źli!", albo "turyści są źli!", wina zawsze leży pośrodku. Jednak nie zmienia to faktu, że turystyka w Tajlandii wymknęła się spod kontroli i przybrała straszny wyraz machiny pochłaniającej zarówno turystów jak i miejscowych. 


Ayutthaia
Ayutthaia



To jest dramat moi drodzy - zakończę słowami klasyka. Ciężko jest wszystko ująć w jednym wpisie, niebawem pojawi się więcej, a wśród nich także wpisy z Kambodży i Wietnamu. Tymczasem, proszę nie wierzcie mi na słowo, jedźcie i sami się przekonajcie.