wtorek, 16 lutego 2016

Jak pojechać za darmo do Japonii?

Studenci mają mnóstwo możliwości o których często nie maja pojęcia. To samo z uczniami szkół średnich i ogólnie z większością ludzi. Jest mnóstwo projektów i programów w których udział można wziąć za pół darmo. Tak właśnie było z moim wyjazdem do Japonii. Pod koniec listopada dostałam e-mail od mojego uniwerka, szukali 8 osób na dwutygodniową wizytę do Japonii w ramach nowego partnerstwa. Był to po prostu kolejny spam, jeden z tych e-maili które od razu się usuwa nawet nie czytając. Nie było żadnych specyficznych wymagań żeby wziąć udział w wymianie. Wystarczyło tylko napisać list motywacyjny i potem czekać na łut szczęścia!

Chram Fushimi-Inari Taisha w Kyoto
Na początku grudnia oszalałam z radości, dostałam się na wymianę! Byłam bardzo podekscytowana! Miałam reprezentować wydział Nauk o Ziemi, uniwersytet płacił za wszystko, ja miałam tylko wsiąść w samolot i potem przygotować sprawozdanie z wyjazdu. Czy może być coś lepszego? Tym sposobem 21 stycznia o 10 rano po 12 godzinach loty znalazłam się na lotnisku Kansai w Osace. Jechaliśmy w dziewięć osób, ośmiu studentów i jeden profesor. Dziewczyna z Australii, z Caymanów, ja i pięciu Brytyjczyków, Przez 10 dni mieliśmy mieszkać z japońskimi rodzinami i tym sposobem poznawać japońską kulturę. Do tego codziennie mieliśmy dodatkowy program, robiliśmy mnóstwo rzeczy od gotowania i kaligrafii po farbowanie jedwabiu i zwiedzanie świątyń w Kyoto. 



Z jednej strony prosty sposób na zwiedzanie świata z drugiej strony może się wydawać trudny lub ograniczony do konkretnej grupy ludzi. Tak nie jest. Większość uniwersytetów ma podpisane partnerstwa z instytucjami na całym świecie, jak nie krótkoterminowe wymiany to Erasmus, praktyki czy konferencje naukowe lub specyficzne kursy. Trzeba tylko dać sobie szansę, naprawdę nie bójcie się aplikować. Znam wielu ludzi którzy by chcieli, ale powstrzymuje ich nieskończona liczba ograniczeń które sami sobie wymyślają. A bo pieniądze, a bo rodzice, a bo koledzy, a bo tamto... do tego wielu ludzi po prostu najzwyklej w świecie się boi, a naprawdę nie ma czego. Życie jest tylko jedno i wszystko da się zrobić. Nie bójcie się dać sobie szansy na przeżycie czegoś niezapomnianego, a na pewno nie pożałujecie. 



To samo ze studiowaniem za granicą, które wbrew powszechnemu mniemaniu nie jest zarezerwowane dla bogaczy i elity intelektualnej. Studiuję geologię w Walii na uniwersytecie Aberystwyth, a nie jestem ani milionerką ani Einsteinem. Wiem, że na początku jak dopiero się zaczyna i nie ogarnia do końca niektórych rzeczy to jest dość ciężko, ale zawsze na początku jest pod górkę. Studiowanie za granicą na prawdę poszerza horyzonty i daje mnóstwo możliwości. Do tego rekrutacja na prawdę nie jest skomplikowana. Jeżeli macie jakiekolwiek pytania odnośnie studiowania w Wielkiej Brytanii piszcie śmiało a odpowiem w miarę możliwości. W Aber jest nawet związek studentów Polskich, a niektóre wydziały jak Informatyka czy Biologia są wręcz okupowane przez Polaków.


Tymczasem powróćmy do Japonii. Podczas lądowania wszyscy byliśmy nieco zdezorientowani, bo lotnisko Kansai wybudowane jest na sztucznej wyspie na morzu. Japonia jest bardzo górzystym krajem, a do tego to wyspa więc po prostu kończy im się miejsce. Na lotnisku czekali na nas partnerzy z Japonii, którzy "opiekowali się" nami przez następne 10 dni: Haruka, Daichi i jeszcze jeden mężczyzna którego imienia nie pamiętam. Od razu z samolotu pojechaliśmy do Kyoto po drodze mijając Osakę. Byłam tak zmęczona, że miałam wrażenie, że cała ziemia obok mnie się kręci. Ciągle zastanawiam się jakim cudem trzymałam się na nogach. Nie spaliśmy przez całą dobę i przelecieliśmy pół planety, był to najdłuższy lot mojego życia.





Wiem, wiem powtórzę teraz wszystko co na temat Kyoto można przeczytać w przewodnikach i w internecie. Kyoto jest przepiękne i niesamowite. Jest tutaj tyle świątyń, że trzeba by było spędzić w nim miesiące żeby odwiedzić wszystkie, nie wspominając już o innych atrakcjach. Było to moje pierwsze spotkanie z Japonią i co od razu mnie uderzyło to niesamowity spokój. Owszem w chramie Fushimi Inari Taisha (który widnieje na zdjęciach) było mnóstwo ludzi bo to najsłynniejszy zabytek Kyoto znany również poza granicami kraju. Jednak nikt się nie przekrzykiwał, ani nie przepychał, ludzie byli podekscytowani, ale zachowywali spokój. Pomimo tłoku, tam jakby nie było tłoczno. Ciężko to wyrazić, to tak jak korek samochodowy w którym nikt nie trąbi. 


Fushimi Inari zbudowany jest na małym wzniesieniu, otacza go park, a słynny jest głównie dzięki niezliczonym bramom Tori. Tunele bram oplatają wzgórze prowadząc do wewnętrznej świątyni. Niekiedy dwie alejki biegną tuż obok siebie. W świątyni Fushimi Inari czci się boga ryżu i sake, oraz jego posłańca lisa, uważany jest on też za patrona interesów i biznesu, stąd bramy Tori. Każda z bram to dar od przedsiębiorstw lub osób indywidualnych. Koszt wybudowania jednej Tori to około 400 000 yenów, najdroższe mogą dojść do kilku milionów. Obecnie 16 000 yenów to 100 funtów. Ale spoko ceny kimon są bardzo podobne :)
 

Pod samą świątynią obok kramów z pamiątkami pełno małych knajpeczek i garkuchni. Zdecydowałam się wejść do pierwszej z brzegu i przy pomocy moich super rozmówek zamówiłam pierwsze lepsze danie. Nie miałam pojęcia co zamawiam a potem nie miałam pojęcia co jem. Były to jakby kulki ryżowe z sezamem zawinięte w smażone na głębokim oleju tofu - Inari sushi jak się później dowiedziałam. Uświadomiła mnie moja japońska rodzinka. To nie przypadek, że serwuje się je pod chramem Fushimi Inari, zbieżność nazw nie jest przypadkowa. Podobno smażone tofu jest bardzo lubiane przez lisy i w chramach w których oddawana jest im cześć często przygotowuje się je specjalnie dla nich. Inari sushi jest naprawdę słodkie, ale bardzo dobre. 




Ten pan praży kasztany :)
Tego samego dnia pojechaliśmy do świątyni Byodo In którą można zobaczyć też na monecie 10 yenowej. Pierwszą rzeczą jaka uderza jest naprawdę ogromny kontrast pomiędzy chramem Shinto a świątynia buddyjską. Chramy tętnią życiem, panuje tam harmider form i barw. Wszędzie wiszą tabliczki z wypisanymi życzeniami, a w sklepikach świątynnych można kupić mnóstwo przynoszących szczęście bibelotów czy wróżb. Nawet otoczenie jest inne, o wiele bardziej zatłoczone, chramy to manifestacja życia. Świątynie są zupełnie inne, stoją jakby "obok". Urządzone są skromniej niż chramy, często stoją przy małym jeziorku lub oczku wodnym, otaczają je ogrody. 



W Japonii Shinto będące rdzenną japońską religią przeplata się z buddyzmem w życiu codziennym i większość japończyków utożsamia się z obydwiema filozofiami. Jest to jednak temat rzeka, który zamierzam poruszyć w kolejnym wpisie. Postaram się w miarę możliwości przygotować serię wpisów w których spróbuję przybliżyć zawiłą kulturę japońską. Będzie to dosyć trudne bo sama nie wszystkie rzeczy rozumiem i spędziłam w Japonii jedynie dwa tygodnie. Jednak cały czas miałam kontakt z Japończykami i mieszkałam z japońską rodziną, dlatego niektóre informacje będę mieć z pierwszej ręki. Japonia to zupełnie inny świat i mnie osobiście zauroczył, nigdy nie doświadczyłam jeszcze czegoś takiego. Życie codzienne naprawdę różni się od europejskiego a silna kultura i tradycja przeplata się z nowoczesnością i zachodnią globalizacją. To piękne i fascynujące miejsce do którego bardzo chciałabym wrócić.