wtorek, 1 grudnia 2015

Między jawą a snem w Czarnogórze

Czarnogóra jest porąbana. Po prostu porąbana w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu! Do tej pory chyba najbardziej szalony kraj w jakim byłam. Wszystko wygląda tam tak jakby upadło na głowę, nic nie wydaje się zaplanowane. Budynki postawione są bez żadnego wcześniejszego planu, miasta wyglądają tak jakby je ktoś wysypał z worka i tak już zostały. Chaos, istny chaos, ale też i niesamowity urok. Uwielbiam ten kraj, jest naprawdę niesamowity.

Kotor w Czarnogórze
Wjechaliśmy do Czarnogóry 1 czerwca, pamiętam bo śmiałyśmy się, że zrobimy sobie Dzień Dziecka. Złapałyśmy na stopa niemieckie małżeństwo które jechało na wakacje. Nie pogadałyśmy za bardzo bo żadna z nas nie mówi po niemiecku. Pomimo faktu, że uczyłam się tego języka w szkole ponad 6 lat nie jestem w stanie go przyswoić, nie i koniec. Po czyściutkiej i wymuskanej Chorwacji, Czarnogóra jest szokiem i to ogromnym. To totalna dzicz, bardzo mało tutaj turystów (jak już to Niemcy) i wszyscy sobie żyją po swojemu. Chorwackie miasta sa tak ułożone, że turystyczne centrum jest całkowicie odseparowane od osiedli gdzie mieszkają miejscowi i wiekszość turystów w ogóle tam nie trafia. Dlatego dla mnie wygladają jak ekspozycje w muzeum z pracownikami, którzy zamiast żyć odgrywają jakąs szopkę. 


Nie mówię, że nie lubię Chorwacji, ale Czarnogóra jest o wiele bardziej autentyczna. Gdy przekroczylismy granicę i dostałysmy pieczątki wjazdowe samochód załadował się na prom i popłyneliśmy do Kotoru. Wybrzeże czarnogórskie jest niesamowite, zwłaszcza zatoka kotorska która jest najbardziej na południe wysuniętym fiordem. Wioski leżą tutaj przy samym morzu, drogi wiją się przy wodzie tak, że za krawężnikiem jest już tylko Adriatyk. Potężne góry spadaja stromo do zatoki zostawiając tylko kawałeczek w miare prostej ziemi gdzie mogłoby przycupnąć kilka budynków. Krajobraz jak w bajce, ale też bardzo uderzający rzeczywistośćią. Morze jest bardzo brudne, wszedzie są smieci, wiele budynków się rozpada, wszędzie meliny. Kotor to niesamowite miejsce, powiedziałabym że sactrum miesza się tutaj z profanum. Wszystko jest tak wielkim mętlikiem, jakby ktoś naprawdę zebrał byle jakie rzeczy do worka i wyrzucił -Buch! Jest i Kotor. 



Gdy tak łaziłyśmy po mieście spotkałysmy dwójkę brazylijczyków z których jeden zakochany był w Krakowie. Miałam dzieki temu okazję napić sie najgorszego piwa w moim życiu - Niksicko Pivo! Najbardziej rozwodnione szczyny jakie piłam w całym swoim życiu, niepokonane pierwsze miejsce w konkursie na najgorszy napój i najgorszą ciesz świata. Nie dałam nawet rady dopić do końca. Najlepsze jest to, że później gdzy przejeżdżalismy koło Niksica gdzie to "coś" jest produkowane kierowca powiedział nam, że Staropramen i Niksicko wytwarzane są przez ten sam browar! Tak dobre piwo jak Staropramen obok tego domestosa Niksicka, do dzisiaj nie mogę w to uwierzyć, ale to typowy paradoks Czarnogóry. 


Byłysmy w Kotorze akurat w czasie gdy lokalna druzyna piłkarska wygrała jakiś bardzo wazny mecz (nie mam pojęcia jaki, gdzie i o co) wszedzie było pełno facetów z chorągwiami, wrzeszczeli, wymachiwali proporcami, jeździli samochodami po mieście trąbiąc jak opętani. Jak przechodziłyśmy przez ulicę jeden taki samochód omało co nie przejechał Marty, ale skończyło się na strachu. Szwędałysmy się jeszcze troszkę, poszłysmy na mury obronne z super widokiem na całe miasto, aż zaczęło się ściemniać i zaczęłyśmy rozglądać za miejscem na nocleg. Chodziłyśmy po mieście patrzyłysmy po bramach za jakimś zakamarkiem. Gdy się tak szwędałyśmy po chwili zagadała do nas kobieta wyraźnej ciąży z propozycją noclegu. Na błakanach to normalna procedura, po mieście chodzą ludzie który proponują nocleg za okresloną sumę. Odmówiłyśmy, bo nie mielismy pieniędzy na hostel i chciałbyśmy przespać się na dziko. Z kobietą były dwie litwinki, ubrane jak hipiski w długie spódnice. Miały mnóstwo bransoletek i Ukulele na którym jedna ciągle przygrywała, powiedziały nam że chcąc przenocować w domu tej kobiety i możemy wziąć jeden pokój na spółkę wtedy rozdzielimy koszty na cztery osoby (jakieś 7 euro na głowę). Kojarzyłyśmy już te dziewczyny z Dubrovnika, bo grały na murach zbierając pieniądze na dalszą podróż. Prawie dałyśmy się przekonać, ale odmówiłyśmy bo jednak wciąż było to dla nas za dużo. Pożegnałysmy się i ruszyłysmy w stronę wejścia na stare miasto gdzie pamiętałam, że stał mały opuszczony budynek gdzie mogłbysmy się przespać i wtedy zaczępił nas kolejny koleś. Mówił, że ma pokój za 20 euro, z już dwoma lokatorkami i szuka dóch kolejnych na rozbicie kosztów, odpowiedziałyśmy że wiemy, że spotkałysmy już te dziewczyny, ale nie mamy pieniędzy (nie wiedząc zupełnie, że chodzi o tych samych ludzi, o tak sobie powiedziałyśmy). Mężczyzna odpowiedział na to, że jak chcemy to możemy spać u niego za darmo i po chwili zganił Martę że nie umie przechodzić przez ulicę. Okazało się, że to ten sam człowiek który wcześniej prawie ją przejechał, a kobieta w ciąży z dwoma litwinkami to jego żona! Tym sposobem spałyśmy za darmo w centrum starego miasta w Kotorze, w kamiennym budyneczku z przysznicem! 


Następnego dnia wyjechałyśmy z Kotoru w stronę Monastyru Ostrog gdzie chciałyśmy spędzić noc. Jeszcze nie wiedziałyśmy jakie to porąbane miejsce. Na wylotówce pewien taksówkarz zaproponował Marcie loda w zamian za podwiezienie, pomachałyśmy mu na pożegnanie a potem udało nam się złapać auto do Pristini. Podwiózł nas niezadowolony ze swojego życia bankier Ivan Jovanovic, który gorąco polecał Pristinie i Budvę, za to twierdził, że w Risan do którego wybierałyśmy się później "nie ma nic do roboty". Złapałyśmy auto na drogę prowadzącą do Ostrogu, kierowca mówił, że znaki na Monastyr wcale nie prowadzą do Monastyru i musimy jechać inną drogą. Co z tego, że znak przy drodze mówi, że tędy do Ostrogu? To wcale nie oznacza, że jest to droga do Ostrogu, wręcz przeciwnie, nie jest. Wysadził nas na rondzie skąd odbijała ta właściwa droga i wtedy zatrzymał się kolejny samochód. Kierowca nie mówił po angielsku, a i po polsku ciężko się było z nim dogadać. Zaoferował, że zawiezie nas pod sam monastyr. Ostrog wykuty był w skale zaraz pod szczytem góry, tak że doskonale było go widać z drogi które biegła na dnie doliny. Prezentował się bardzo, jakby to ująć, majestatycznie? Wiecie górował nad okolicą i to dość mocno, wyżej było już tylko niebo.


Droga długo wiła sie po zboczu, myslałam, że już nigdy nie wjedziemy na szczyt ale udało się. Ostrog był bardzo dziwny, to najlepsze sowo na jego określenie. Nikt tam nie mówił po angielsku, wszędzie pełno było Serbów. W ogóle trwał tam jakiś remont bo wszędzie pełno było worków z cementem i innych materiałów. Zaparkowaliśmy na szczycie i poszłyśmy razem z naszym kierowcą zobaczyć cy coś się dzieje wyżej. Zaprowadził nas za główny budynek monastyru, bardziej na tyłu gdzie znajdowała się grota do której szło kilka kobiet. Przystanęły przed wejściem, wrzuciły garść dinarów do stojącego tam koszyczka i weszły do środka. Poszliśmy z nimi nie wiedząc co się dzieje. W środku było pełno ikon, a ściany zdobyły freski, nie było tam ani jednego białego miejsca wszystko było zamalowane. Grota była malutka, a na jej drugim końcu leżała... trumna. Otwarta trumna. Przystanęliśmy przy wyjściu bo nie miałyśmy pojęcia co tam się w ogóle działo. Miałyśmy nadzieję, że nikt nas nie zauważy, ale nagle nasz kierowca odwrócił się i zawołał nas, a za nim odwróciły się nagle wszyscy łącznie ze stojącym przy trumnie popem. To by było na tyle z naszego trybu incognito.


Wszyscy zaczęli żywo gestykulować żebyśmy podeszły bliżej, więc postanowiłam zostać bohaterem i podeszłam do kolejki. Postanowiłam, że będę po prostu robić to co wszyscy. Podeszłam do trumny, w środku leżał jakiś koleś przykryty derką, pochyliłam się i musiałam pocałować obrazek narysowany na brzegu trumny. Było mega dziwnie, wokół unosił się zapach palonych kadzideł ale i tak dało się czuć słodki zapach ciała. Podniosłam się, nade mną stał pop, wymachiwał krzyżem, który też musiałam pocałować, potem wymamrotał coś i machnął ręką to sobie poszłam. 


Dawno nie byłyśmy tak zdezorientowane, nie wiedziałyśmy o co właściwie chodzi z tym Ostrogiem. Masa dziwnych, smutnych, gapiących się w ziemię ludzi. Jakiś trup którego trzeba całować, a do tego z nikim nie można się dogadać. Do tego nasz kierowca nam nie pomagał, bo sam był jakiś dziwny. Koleś spędził z nami całe popołudnie, a nawet nie mogliśmy się dogadać. Do tego później zwiózł nas na dół do sklepu i zaprosił na herbatę do knajpki. Dawno nie obkupiłyśmy się tak za mniej niż 5 euro, stać nas było nawet na paczkę ciastek! Wieczorem wróciliśmy na górę, gdzie chcieliśmy nocować. Prawosławne monastyry mają obowiązek przyjąć podróżnych na noc, dlatego często stoją przy nich "noclegownie" tak zwane Konaki. Ta przy Ostrogu była ogromna ludzie spali nawet na ganku na materacach. Nasz kierowca zaoferował, że pogada z "dozorcą" i załatwi nam łóżka, facet zapisał cyrylicą nasze imiona i wskazał nam miejsca. 
- Chowajcie złoto...
- Co?
- Chowajcie złoto... - powtórzył kierowca
- Ale my nie mamy złota.
- Weźcie złoto ze sobą, zawsze złoto ze sobą...
- Ale my nie mamy złota!
- Chowajcie złoto...
- No dobra, schowam!
Tą oto nieocenioną radą pożegnał nas nasz superowy kierowca, z którym nie dało się dogadać.


Tej nocy ciężko mi się spało, bo ciągle ktoś chrapał albo się śmiał, budziłam się co chwilę. Do tego do 2 w nocy nikt nie zgasił światła, także masakra. Rano obudziły nas dzwony i jakiś hejnał który nadawali z megafonów. Ludzie zaczęli się zbierać na poranne nabożeństwo, tak że w Konaku zostałyśmy tylko my i jakiś dziwny koleś który przeleżał cały wcześniejszy wieczór. Wszyscy poszli w stronę groty z trupem, z daleka widziałam kilku popów z kadzidłami. Nastrój był grobowy. Później dowiedzieliśmy, że zwłoki należą do św. Vasyla Ostrożskiego.
- No wiecie, ponuro tam, bo ludzie przyjeżdżają do Ostrogu prosić o pomoc, to ich ostatnia deska ratunku. Proszą o uzdrowienie, bo kiedy wszystko inne zawodzi zostaje im tylko Bóg - powiedział Nikola którego złapałyśmy po zejściu z góry. - Ostrog to bardzo święte miejsce.