wtorek, 3 listopada 2015

Witamy w Reykjavíku!

Pisanie tego posta rozpoczęłam od wygooglowania "jak piszę się Reykjavik?". W moim umyślę  pojawiły się bowiem co najmniej trzy wersje tej wdzięcznej nazwy najmniejszej stolicy Europy - "Rejkiawik", "Reykiavik" i "Reikiavik". Oczywiście, żadna z nich nie była poprawna, ale przejdźmy do rzeczy...
Fakt, że przez prawie rok nie pisałam nic na blogu zasługuje na pogardę, wykręcałam się chyba wszystkim czym tylko dało się wykręcić. A bo praca, a bo studia, a bo ręka mnie boli, a bo nie mam weny, a bo "wszystko byleby tylko nie pisać". Jednak w końcu przyszedł moment zwrotny, także moi drodzy zapraszam na chwilkę pod koło podbiegunowe. 


Na prawdę szczerze nienawidzę latać samolotem. Jak tylko wsiadam na pokład dostaję palpitacji serca, do tego wcale nie pomagają mi turbulencje i fakt, że samolotem non-stop trzęsie. Naprawdę, w życiu nie przeżyłam takich turbulencji jak te podczas lotów "do" i "z" Keflavika. Zwłaszcza jak wracałam to zmówiłam chyba wszystkie modlitwy jakie znam, tak na wszelki wypadek. Wciąż żyję, więc chyba podziałało.
Nigdy jeszcze nie widziałam czegos takiego jak krajobraz który wyłonił się zza chmur kiedy ku mojej wielkiej uldze zaczęlismy lądować. Ziemia była czarno-zielona, ale zieleń nie pochodziła od bujnej roślinności, nie, na Islandi w ogóle nie ma lasów. Kilka drzew stojących obok siebie to dla przeciętnego Islandczyka "las". Ta ziemia wyglądała bardzo nieprzyjaźnie, zaskakująco na pierwszy rzut oka, niektórych mogłaby odepchnąć, ale mnie zafascynowała. Była po prostu pusta, tak to jest dobre słowo, tam nic nie było, tylko lita skała.


Lubię skały, studiuję Geologię, więc dlatego mnie to tak zajarało. Islandia to po prostu jedna wielka kupa Bazaltu. Roślinność jest bardzo skąpa, wszędzie króluje kamień; kamień lód i woda. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to jedno z ostatnich dzikich miejsc w Europie, a mówiąc "dzikich" mam na myśli miejsca gdzie to bardziej natura dyktuje człowiekowi jak ma żyć a nie na odwrót. W dwa tygodnie przejechałam całą Islandię dookoła po tak zwanej "Ring Road", drodze numer 1 i zrobiłam ponad 3.500 km. Teraz uwaga, na całej wyspie której obwód wynosi "plus, minus" 3500 nie mówiąc nic o niegościnnym interiorze gdzie warunki uniemożliwiają przeżycie żyje około 300 000 mieszkańców. Tak to nie żart, dla porównania w Polsce mieszka jakieś 38 000 000, a na Węgrzech które powierzchnie mają tylko nieco mniejszą niż Islandia około 10 000 000, robi różnicę co? Acha, do tego z tych 300 000, 10 000 to Polacy, którzy są na Islandii największą mniejszością narodową. 


Większość Islandii to po prostu pustka. Ale za to jaka pustka! Takiej pustki jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Ta pustka to według mnie największy park narodowy Europy, to zupełna dzicz. Pomimo tego, że na Islandię co roku przyjeżdża rzesza turystów to tego wcale się nie czuję, wszyscy rozpraszają się po wyspie, wsiąkają w dzicz i już ich nie ma. Nawet przy najbardziej turystycznych miejscach nie było tłumów, kilkoro zwiedzających, to wszystko. 


Ale wróćmy już do tematu! Po wylądowaniu w Reykjaviku prawie dwie godziny spędziłam błąkając się po lotnisku bo byłam przekonana, że reszta ekipy powinna dolecieć maksymalnie pół godziny po mnie. Jednak przez długi czas nie widziałam nikogo kto mniej więcej pasowałby mi do opisu. Zaczepiałam nawet napotkanych polaków i pytałam się czy to nie przypadkiem nie oni wybierają się w podróż naokoło wyspy, ale odpowiedzi były zawsze przeczące. Straciłam nadzieję, że w ogóle się spotkamy, także postanowiłam zabrać się i złapać stopa do Reykjavika a potem coś wykombinować. Bo i co miałam robić? Lotnisko znajduję się w Keflaviku jakieś 45 minut jazdy od stolicy, szybko złapałam samochód którym jechał profesor robotyki biologicznej czy czegoś w tym stylu i zabrał mnie do miasta (jedynego w całej Islandii, reszta to małe miasteczka, wioski lub pojedyncze domy). Po drodze opowiadał mi, że pracuje z dwoma polskimi profesorami na uniwersytecie i że ostatnia zima była wyjątkowo paskudna. Lekko się zdziwił jak mu powiedziałam, że chyba będę podróżować sama, bo kumpli coś nie ma i nie mam noclegu, nawet powiedział, że gdyby tylko miał miejsce w domu to by mnie przygarnął. 


Wylądowałam w centrum Reykiavika nie wiedząc do końca co ze sobą zrobić, Gdy w końcu udało mi się skontaktować z Marcinem okazało się, że nie dogadaliśmy się z datami i reszta przylatuje dopiero następnego dnia! Cóż nie pozostało mi nic innego jak tylko pochodzić po mieście i ogarnąć się troszkę. Islandia była ostatnim skolonizowanym krajem europejskim, zasiedlili ją głownie wikingowie pod wodzą Ingolfura Arnarsona, który swój dom zbudował w miejscu gdzie dzisiaj stoi Reykiavik. W Reykiaviku... z kranów leci woda która śmierdzi siarką. Na prawdę, idziecie pod prysznic żeby się umyć a wychodzicie i dajecie zgniłymi jajami. Jezu, podczas całej podróży waliłam siarką jak jasna cholera! To wszystko przez aktywność geotermalną. Islandia znajduję się na ryfcie. A mówiąc prościej, znajduje się dokładnie w miejscu gdzie dwie płyty tektoniczne odsuwają się od siebie "produkując" nowy ląd. Dlatego w okolicach Reykjavika ziemia jest bardzo gorąca, pełno tutaj gorących źródeł i wyziewów. Niektóre rzeki są tak ciepłe, że parują, a z otworów hydrotermalnych wydobywa się gęsty, biały, smierdzący siarką dym.


Reykjavik jest naprawdę malutki, można go całego zejść w kilka godzin. Centrum miasta jest właściwie wszędzie. Co prawda kilka razy musiałam przejść całe miasto z jednego końca na drugi z obładowanym do granic możliwości plecakiem, ale i tak było to mało w porównaniu do innych miast nie będących nawet stolicami. ⅔ Islandczyków mieszka w Reykiaviku, pozostała ⅓ czyli jakieś 100 000 ludzi rozproszona jest na powierzchni 108 000 km², takim oto sposobem gęstość zaludnienia wynosi 3os/km². Reykiavik jest dość surowym miejscem, w ogóle architektura islandzka jest surowa, dominuje beton i blacha, a główna kolorystyka to różne odcienie szarości, błękit i écru. Typowe kolorowe skandynawskie domki widać dopiero na północy kraju w Akureyri i Husaviku, kilka stoi też w centrum Reykiavika, ale jednak króluje beton.


W Reykjaviku widziałam najdziwniejszy kościół mojego życia. Nie żartuję, a mówię o Hallgrimskirkja - kościele luterańskim. Sam budynek już jest dziwny, wygląda jak ogromne organy lub kolumny bazaltowe jak te na Giant Causeway (gdzie nigdy nie byłam). Jednak środek dokumentnie ryje banie! Wystrój jest bardzo surowy, typowy dla Skandynawii, ale znajdujące się we wnętrzu obrazy i rzeźby zwracają uwagę... 





Oprócz wizyty w zwariowanym kościele znalazłam jeszcze jedno super miejsce na pewno wyróżniające to miasto. Kino wyświetlające filmy o wulkanach! O tak! Połączone z maleńką wystawa geologiczną, gdzie można zobaczyć i pomacać między innymi popiół z wulkanu Eyjafjallajökull, czy pumeks z Hekli i Eldfella. Niestety zmęczenie dało o sobie znać i przespałam seans o Eyjafjallajökull, ale już niedługo potem znalazłam się bardzo blisko tego wulkanu, a nawet udało mi się go w pewnym sensie poczuć. Ale to już jest inna historia.

Gdybyście tak chcieli połamać sobie język próbując wymówić Eyjafjallajökull oto link 

A tak przy okazji to przy Islandzkich słowach zdanie "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie" może się schować.