środa, 23 kwietnia 2014

Śniadanie na końcu świata

Irlandia to nie tylko kilka zielonych wzgórz, albo inaczej! Irlandia to tysiące różnych zielonych wzgórz. Wzgórza płaskie, wzgórza pochyłe, wzgórza strome, łagodne, zielone, ciemno-zielone, turkusowe, miętowe, jasno-zielone, wyblakło-zielone, zielono-zielone. Wszędzie jest zieleń i jej najrozmaitsze rodzaje, w ogóle chyba powstają tutaj też nowe rodzaje koloru zielonego. Niby oklepana nazwa „Zielona Wyspa” według mnie wspaniale oddaje klimat tego kraju.  Bo cała Irlandia jest zielona, a ja im dłużej podróżowałam tym bardziej czułam, że sama też zaczynam zielenieć.


Był ranek, około 8 rano. Ja byłam wnerwiona, bo ciuchy które prałam dzień wcześniej nie wyschły i wciąż były lekko wilgotne. No trudno, musiały doschnąć w trasie. Spakowałam to co miałam, plus kilka konserw i chleb za jedno euro. Ubrałam buty, wzięłam plecak na plecy i byłam gotowa do mojej dalszej podróży po Irlandii!
- No to nara – rzuciłam do brata i wyszłam z domu.
- No, nara! – odpowiedział.
 I tak zaczęła się moja tym razem samotna podróż po Zielonej Wyspie.
Zeszłam ze wzgórza na którym mieszka mój brat i już zdążyłam się zgubić, także przygody zaczęły się jeszcze zanim na dobre opuściłam Youghal. Musiałam wyglądać naprawdę żałośnie bo po chwili zatrzymał się jakiś koleś i widząc, że oddalam się od centrum zawołał, że idę w złym kierunku. No cóż, był to zabieg zamierzony.


Kiedy wreszcie udało mi się dojść na wylotówkę zaczęłam łapać stopa. Szło mi dość ciężko jak na Irlandię, bo przez ponad godzinę nikt się nie zatrzymał, a pierwszym kierowcą który mnie zabrał był Białorusin.
Niestety, nie jechał prosto do Cork, ale zaoferował, że zawiezie mnie do swojego domu, da herbaty, a potem jego żona podrzuci mnie na dworzec. Jak powiedział tak zrobił! Tylko do herbaty jego żona dorzuciła jeszcze czekoladę. Niedługo potem byłam już na dworcu w Cork, gdzie w ostatniej chwili złapałam autobus do Limerick. Wszystko szło idealnie!


 Nie wiem dlaczego, ale Limerick ma w Irlandii opinie miasta średnio-bezpiecznego. Białorusinka, która odwoziła mnie na dworzec wręcz nalegała, abym nie zostawała w nim na noc. No cóż, spokojnie mogłam jej to obiecać bo moim celem było dotarcie na wybrzeże i ujrzenie wielkich klifów Moher. W Limerick byłam po około dwóch godzinach, zwiedzałam toaletę, zjadłam kanapkę z serem i siedząc nad mapą próbowałam ogarnąć drogę do wylotówki. Ekstra! Miałam całe miasto do przejścia, ale przynajmniej zrobiłam sobie mały CityTour. J Limerick to średniej-wielkości miasto, mniej więcej jak Opole, ale jest bardziej klimatyczne. Dużo tutaj niewielkich kościółków i niskich ,kamiennych kamienic. W ogóle sama nazwa „Limerick”, już powinna niektórym skojarzyć się z lekcjami Polskiego w szkole. To właśnie z tego miasteczka wywodzą się Limeryki, krótkie, rymowane, często lekko zboczone wierszyki.

 Raz pewną Danutę z Łomianek
chciał uwieść namiętny kochanek
"Źleś Pan trafił z bajerem,
bo mój Stach jest saperem.
Ja wybuchy mam w łóżku co ranek".

Przejście przez Limerick zajęło mi trochę czasu, wbrew pozorom nie okazało się wcale takie małe. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to 3 największe miasto Irlandii. Taszcząc plecak przeszłam przez most na rzece Shannon, którą kiedyś przykrywały płaszcze zamordowanych nad jej brzegami ludzi. To właśnie temu mrocznemu akcentowi miasto zawdzięcza swoją irlandzką nazwę. „Luimneach” znaczy po prostu „Przykryty płaszczami”. Może opinia miasta „pokrytego płaszczami zamordowanych” utrzymuje się do dzisiaj i to dlatego spotkani ludzie odradzali mi zostawanie w tym mieście?


Wylotówka ciągle była daleko, za daleko. W dodatku zaczęła mnie już boleć noga, a plecak nie robił się lżejszy. No, ale cóż, takie życie, co zrobię? Po przejściu kilku kilometrów za mostem zeszłam w boczną uliczkę i szłam dalej, aż droga w końcu się skończyła  i musiałam po skarpie wspiąć się z powrotem na drogę główną. Miejsce w którym się znajdowałam można było już nazwać wylotówką więc postanowiłam spróbować coś złapać. Znowu szło dosyć ciężko, ale w końcu ktoś się zatrzymał! Kierowca pochodził z Pakistanu i podwiózł mnie tylko kilka kilometrów, bo jechał akurat do pracy, ale dobre i to!


Limerick ewidentnie nie chciało mnie wypuścić, ale wiedziałam, że w końcu złapię to właściwie auto i nie myliłam się. Po kilku godzinach chodzenia, łapania, czekania, wnerwiania się wreszcie zatrzymał się facet jadący prosto na wybrzeże! Tak! Jechał do wioski Lahinch leżącej tuż przy wielkich klifach Moher, a w aucie miał mnóstwo obrazów i sztalug bo jak się okazało był malarzem, artystą. Śmiał się całą drogę i próbował nauczyć mnie Irlandzkiego, ale słabo mi to szło, więc po krótkim czasie zaprzestał starań. Spytał się dokąd jadę, odpowiedziałam, że do Doolin bo chcę złapać prom na Wyspy Aran a on tylko uśmiechnął się i powiedział : Tylko najlepsi ludzie jeżdżą do Doolin. Pocieszył mnie tym niesamowicie, ale nastrój poprawił mi bardziej fakt, że im bardziej zbliżaliśmy się do wybrzeża tym więcej było drogowskazów prowadzących na wielkie klify.


Wysadził mnie w Lahinch i ciągle się śmiejąc wskazał drogę prowadzącą na klify. Widziałam je już na horyzoncie, majaczyły dumnie przykryte delikatną mgłą. Postanowiłam przejść się na chwilę na brzeg oceanu i potem ruszyć na klify. Fale biły o wybrzeże, a w dole dziesiątki dzieciaków pływało na deskach surfingowych. Woda była lodowata, a one roześmiane bujały się na falach, obok handlarz sprzedawał pieczone ślimaki, a słońce zaczęło skłaniać się ku zachodowi. Wtedy stwierdziłam, że to najwyższy czas aby ruszyć na moje wymarzone klify! Wyszłam z miasteczka i moje lenistwo wzięło górę, złapałam auto prowadzone przez Izrealską rodzinkę, która jechała prosto do miejsca w którym zaczyna się szlak na Mohery! Już lepiej być nie mogło.


Mewy darły się w niebogłosy, a hałas potęgował jeszcze warkot silników. Dużo aut przyjechało tego dnia na klify, ale w miarę zbliżania się do urwisk wycie samochodów słabło a wzmagał się dziki śpiew oceanu, oraz jeszcze jedna magiczna melodia. Przy wejściu na klify siedziała ruda kobieta ubrana w brązowy płaszcz i grała na harfie, delikatne, zwiewne melodie, które ulatywały wraz z wiatrem gdzieś nad klify. Podeszłam do brzegu i zobaczyłam jak fale biją w ginące w wodzie, czarne urwiska. Słońce rzucało tęskne refleksy na biały teraz ocean, tak jakby nie chciało chować się za horyzontem tylko patrzeć chociaż minutę dłużej na ten wielki, stworzony przez naturę pomnik. Pomnik siły wody, która przez tysiące lat bijąc w wybrzeże, kruszyła skały i rzeźbiła progi, urwiska i iglice, które dziś nazwano Klifami Moher.

 

Siedziałam na brzegu urwiska i po zadzwonieniu do brata i podjaraniu się, że już tu jestem zaczęłam jeść kanapkę w najpiękniejszej stołówce świata. Na szczycie klifu, przed sobą miałam niebo i majaczące w oddali wyspy Aran a pod sobą szalony ocean. Lubię to! Po uzupełnieniu energii, stwierdziłam że przejdę do wioski Doolin właśnie po linii klifów, a przy okazji wypróbuje niedawno wytyczony tutaj pieszy szlak. Wrażenia były niesamowite, ścieżka biegnie tuż przy krawędzi urwiska, a silny wiatr dodatkowo potęguje emocje. Zawsze gdy podchodziłam bardzo blisko krawędzi zdejmowałam plecak, żeby jego ciężar nie przeważył i nie zapewnił mi jeszcze większych emocji. Dużo ludzi kładzie się tutaj przy brzegu i w ten sposób podziwia szalejący w dole ocean, ja również nie mogłam być gorsza.



Ścieżka miejscami przechodziła przez pastwiska tak, że czasem trzeba było przeskoczyć przez murek lub elektrycznego pastucha. Kilka razy przeszłam się obok krówek i krowich placków a raz trafiłam na wspaniałe miejsce, gdzie z jednej strony miałam 250-metorwą przepaść zakończoną wyjącym oceanem, a z drugiej ogrodzenie pod napięciem. I wtedy… czas stanął, wiatr trzasnął we mnie tak mocno, że straciłam równowagę i poleciałam prosto na… elektrycznego pastucha. Wrażenia niesamowite.



Zobaczyłam ją jak robiła zdjęcia, co w sumie nie było dziwne bo większość ludzi robiła zdjęcia Klifom Moher, ale ta dziewczyna miała treki i śpiwór, a to już dużo dawało do myślenia. Ludzie zwariowani się przyciągają, a ja wierzę w tajną nić porozumienia między podróżnikami. Dziewczyna robiąca zdjęcia nazywała się Eileen i była Niemką. W Irlandii pracowała jako opiekunka do dziecka, a teraz podróżowała przez miesiąc po Zielonej Wyspie, aby wydać zarobioną forsę i przeżyć przygodę. Wybierała się podobnie jak ja do Doolin i na wyspy Aran, z tą różnicą, że miała już zarezerwowany prom i nocleg, a ja nie miałam nic. Była tym lekko zszokowana i spytała, czy chociaż kupiłam już bilet powrotny do Polski. Kupiłam. Chyba…

Było już szaro, zimno i wietrznie gdy dotarłyśmy do Doolin. Zmrok zapadał na hrabstwem Clare, a ja zaczęłam szukać hotelu, bo tym razem nie miałam już niestety namiotu. Przeszłam kolejne 2 kilometry w poszukiwaniu czegogoś taniego, aż w końcu weszłam to ostatniego hotelu w Doolin, który wcale nie różnił się ceną od tego pierwszego, co mnie lekko dobiło. Bo niedość, że cena ta sama, to rano jeszcze kolejne kilometry do przejścia z ciężkim plecakiem na plecak. No, ale co zrobię? Jedzenie. Makrele w oleju słonecznikowym z puszki za 50 centów. Chyba nie muszę opisywać jak to smakowało… Było tragiczne. Do tego stopnia tragiczne, że Francuzki z którymi dzieliłam pokój stwierdziły, że naprawdę pasuje do „hotelowego stylu życia”, a Włosi podzielili się ze mną spaghetti, które jedli na kolację.


Prysznic. Spać. Cholera, zapomniałam nastawić budzik. Spać. Hałas. Włosi imprezują. Nie… nie!! Za co? Włosi, a było tak dobrze! Wyjść z łóżka. Włosi, możecie być cicho? Dzięki. Łóżko. Spać… sen… zielony sen, w zielonym miasteczku, pośród zielonych wzgórz na Zielonej Wyspie.