piątek, 7 marca 2014

A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Głowa nieźle mnie rozbolała, kiedy uderzyłam nią w szybę, gdy autobus podskoczył na kolejnym wyboju. Za oknami było już jasno, ranek dawno minął i mgły się rozproszyły. Widziałam drzewa i mnóstwo krzaków, które porastały brzegi drogi, którą jechaliśmy. Nagle autobus zatrzymał się z piskiem opon, przy wjeździe do jakiegoś małego miasteczka. Wyjrzałam przez okno i pośród krzaków zobaczyłam mocno już sfatygowany, drewniany szyld z napisem „ Schronisko Kremenaros”. Obok niego, przez drogę przechodziło stado owiec, za którym na bryczce jechał wystrojony Góral. 
– Stoimy tylko przez chwilę! – zawołał kierowca. – Owce przechodzą przez drogę!
Wtedy wiedziałam już, że jestem w Bieszczadach, w Ustrzykach Górnych.


Hacjenda w Ustrzykach
Najbliższy supermarket był w Ustrzykach Dolnych, 60 km od Ustrzyk Górnych, gdzie aktualnie byliśmy. Pozostał nam jedynie mały sklepik obok drewnianego przystanku autobusowego, który na szczęście nie okazał się zbyt drogi. Po drobnych zakupach zaczęliśmy szukać noclegu, chcieliśmy zostawić plecaki i jeszcze tego samego dnia wyjść w góry więc spieszyliśmy się trochę. Poszliśmy w stronę kościoła, bo tylko tam było widać jakieś zabudowania, po chwili naszym oczom ukazało się kilka gospodarstw. Chodziliśmy od drzwi do drzwi, a wszyscy wysyłali nas dalej, więc w końcu postanowiłam użyć starego, sprawdzonego bajeru.
- Dzień dobry! Ludzie mówili, że u Pana można się przespać za 5 zł! – zawołałam do mężczyzny siedzącego na ogródku.
- U mnie za 7 zł – odpowiedział spokojnie. – A za piątkę to obok w szopie z kurami.
- Ekstra, bierzemy…!!
I tak oto znaleźliśmy naszą wymarzoną, bieszczadzką hacjendę w Ustrzykach. W zgodzie z naturą, w szopie, będącej jednocześnie kurnikiem, warsztatem i komórką. Do naszego legowiska wchodziliśmy po drewnianej drabinie, na dole biegały kury, a w klatce siedział puchaty króliczek. Na górze znaleźliśmy jeszcze jajka, kota i wielką kupę siana. Nocleg jak marzenie.


Spokojnie to niedaleko!
Tego samego dnia wyszliśmy w góry. Naszym celem była Tarnica, piękna góra wznosząca się nad połoninami,  o charakterystycznym zakrzywionym zboczu. Pierwsze spotkanie z Tarnicą było… porażające. Przy szlaku stała chatka z kasą… kasą biletową. W sumie wiedziałam o istnieniu Bieszczadzkiego Parku Narodowego, ale mimo wszystko nie lubię spotykać kas biletowych w górach, powszechnie uważanych za ostoję polskiej dziczy. No ale z drugiej strony, popieram instytucje Parków Narodowych więc płacę i biegnę (wlokę się) na spotkanie z Tarnicą!


Szlak był miły, strome podejścia poprzedzane były kawałkiem względnie prostego traktu. Wokół las, ptaki i delikatne promienie letniego słońca nieśmiale ślizgające się po liściach.
Tarnica okazała się wyższa niż przypuszczałam, niż wszyscy przypuszczaliśmy. Droga mimo swojego uroku, dłużyła się, a szczyt wcale się nie przybliżał. Gdy wyszliśmy z lasu i zobaczyliśmy nasze pierwsze połoniny byliśmy dopiero w połowie i tak już długiej drogi. Na mapie, nie wydawało się daleko….
W końcu naszym oczom ukazała się przełęcz pod Tarnicą i szlak na Bukowe Berno, a nad nim górujący, krzywy szczyt Tarnicy. Nie było na nim drzew, za to mnóstwo małych wyglądających jak kosodrzewina krzaczków, które przypominały plamki. Tarnica była jak skulony, pogrążony we śnie dalmatyńczyk po środku zielonych połonin.
Gdy weszliśmy na szczyt radośnie zawołałam, że zdobyliśmy najwyższy szczyt Bieszczad!
Pomijając fakt, że obiecałam małą górkę i lekkie podejście na pierwszy dzień. No, ale zabawa dopiero się zaczynała…


Śpiesz się powoli
Schodziliśmy z naszej Tarnicy. Małej górki na początek, która dała nam solidnego kopa w tyłek i która szykowała dla nas jeszcze jedną równie atrakcyjną niespodziankę. Zostawiliśmy ją kąpiącą się w stojącym już nisko nad horyzontem słońcu i weszliśmy do lasu. Droga w dół poszła nam szybciej niż myśleliśmy, ale nagle pojawił się pewien problem. Mianowicie, zeszliśmy do miejscowości Wołosate, skąd chcieliśmy dojechać busem do Ustrzyk, tylko… nie przewidzieliśmy, że busa nie będzie. Ostatni odjechał 20 minut przed naszym przybyciem. Nastąpił kryzys sytuacyjny, bo do Ustrzyk było 10 kilometrów, przy czym słońce chowało się już za horyzontem, a na złapanie stopa nie było szans bo droga w Wołosatym po prostu się kończy. Dalej jest już tylko las, a za lasem zielona Ukraina.



No cóż nie mieliśmy wyjścia, krótki odpoczynek i heja, maszerujemy do Ustrzyk, gdzie czeka na nas nasza stodoła i odpoczynek. Droga asfaltem męczy bardziej niż korzenie i wyboje górskich szlaków jednak niestrudzenie posuwamy się naprzód, w oddali przed drogę powoli przechodzi jakieś bliżej niezidentyfikowane zwierze, na oko bóbr, albo borsuk. Gdy robi się już ciemno mijamy znak „Uważaj na niedźwiedzie” i wreszcie po całym dniu chodzenia docieramy do Ustrzyk Górnych.


Noc, siano i kot
Spać. Sen. Odpoczynek. Wejść po drabinie. Znaleźć plecak. Plecak, gdzie jest plecak? Dlaczego tu jest tak ciemno? O jest plecak! Śpiwór. Rozłożyć śpiwór. Przebrać się. Wejść do śpiwora. Wywalić kota za śpiwora. Zaraz, coś jest nie tak… Co robi kot w spiworze?!
Kot był naszą zmorą podczas tej nocy. Zachowywał się iście po kociemu, czyli kładł się tam gdzie najbardziej przeszkadzał. Na głowach, nogach, rękach, Michał pomylił go z poduszką. Mruczek łaził po wszystkich i każdego denerwował do tego stopnia, że padła propozycja zrobienia go w zasmażce na śniadanie. W końcu jednak wszyscy zasnęliśmy jak dzieci po całym dniu zabaw. Rano miał przecież nastać miał kolejny dzień, z kolejnymi przygodami, krzywymi górami i nie daj Boże wnerwiającymi kotami. :)


Zdjęcia: Izabela Gajda, Karolina Mulik

Autostopem do wściekłej siostry (Lodowiec Mýrdalsjökull i Katla)

W nocy wcale nie było aż tak źle. Spodziewałam się, że wymarznę za wszystkie czasy, ale mój super śpiwór jak zwykle sprawdził się w sytuac...