czwartek, 7 czerwca 2018

Instrukcja obsługi wulkanu Fuego: Geologia

W związku ostatnią, najsilniejszą od 1974 roku erupcją gwatemalskiego wulkanu Fuego zamierzam przygotować kilka wpisów o geologii, systemie Fuego, metodach jego monitoringu oraz o społecznościach zamieszkałych wokół wulkanu. Mam nadzieję, że ta mini-seria przybliży wam nieco jak wygląda sytuacja w Gwatemali oraz monitoring najaktywniejszego wulkanu Ameryki Środkowej. Ten, otwierający wpis będzie o geologii oraz ogólnych informacjach na temat procesów odpowiadających za generowanie eksplozji na Fuego aby nieco przybliżyć wam ten system zanim przejdziemy do metod monitoringu oraz problemów społecznych wokół wulkanu. Myślę, że dzięki temu będziecie mieć troszkę szerszy kontekst oraz będziecie mogli spojrzeć na ten wulkan pod wieloma kątami. Gdy sytuacja w Gwatemali się uspokoi napiszę też oddzielny artykuł o ostatniej erupcji.

Wulkan Fuego, luty 2018.

środa, 30 maja 2018

Przystanek Socorro

Byliśmy już na Socorro kilka tygodni i pobyt w sumie powoli dobiegał końca. Wyspę już mniej więcej zeszliśmy wzdłuż i wszerz tam gdzie się dało. Socorro to niewielka wyspa, w średnicy ma około 22km ale cała porośnięta jest buszem oraz kaktusami. Roślinność podobna w wyglądzie do tej wokół Morza Śródziemnego – sukulenty, roślinne pełne kolców i ostrych gałęzi. Innymi słowy – dramat do przejścia, bez maczety ani rusz. Maczetę mieliśmy, ale mimo wszystko przejście wyspy stanowiło nie lada wyzwanie. Zwłaszcza z warzącym kilkanaście kilogramów plecakiem, wyładowanym sprzętem służącym do badań, jedzeniem, wodą, próbkami skał, kuchenką, sprzętem do gotowania, akcesoriami do spania typu śpiwór, karimata oraz przytroczonym namiotem i młotem geologicznym. Z całym tym takielunkiem trzeba było przedzierać się przez ten busz, drogę torując maczetą. Nie rzadko musieliśmy wspinać się po prawie pionowych ścianach, czy chodzić niebezpiecznie blisko krawędzi klifów kończących się w rozszalałym oceanie. Pewnego pięknego dnia schodziliśmy kanionem wyschniętej rzeki w stronę oceanu i natrafiliśmy na 50m ścianę starego wodospadu. Musieliśmy schodzić w dół po średnio stabilnym zboczu złożonym z osadów piroklastycznych a potem tą samą drogę pokonać w przeciwnym kierunku. 

Relaks na Playa Blanca

środa, 18 października 2017

Antypolska narracja nową modą w blogosferze czyli Somos Dos vs Polscy Rasiści

Już od pewnego czasu w sieci (i nie tylko!) panuje taka straszna moda plucia na Polskę. Nie jest to już nawet narzekanie, ponieważ w narzekaniu mogą czasem chować się jakieś konkretne, jasne i naprawdę istniejące powody. To "plucie" o którym mówię, jest ślepe na fakty i osoby które coś takiego uprawiają rzadko kiedy potrafią podać powód swojego zachowania. Nawet po konfrontacji z faktami, które jednoznacznie przeczą wygłaszanym przez nich tezom, tego typu osoby będą dalej usilnie i rozpaczliwie próbować udowadniać swoją wątpliwą rację. 
Ale do rzeczy! Rozpocznijmy wreszcie serię satyryczną! Kilka dni temu, kiedy marnowałam czas siedząc na facebook'u natknęłam się na bardzo ciekawy wpis bloga Somos-dos, w którym to autorka wyraża swój strach przed wyjściem na ulicę w Krakowie w towarzystwie swojej koleżanki, która jest muzułmanką. Autorka jest w tym momencie w Malezji, także całe "wyjście na miasto" jest czysto hipotetyczne. Oto co podaje Joasia (Autorka), jako uzasadnienie swoich obaw:

"Biała skóra i brak nakrycia głowy wyróżnia nas tutaj [w Malezji], ale tu nikt nam nie czyni z tego powodu przykrości, ale w Polsce? Jej orientalne rysy i hijab czynią ją widoczną na naszych ulicach na przysłowiowy kilometr. Czy będę jej w stanie zapewnić bezpieczeństwo? Czy uda mi się ochronić ją nawet przed złym słowem? Nienawistnym spojrzeniem? Przed agresją? Przed zdarciem chusty z głowy?"

Czujecie ten klimat? Wcześniej we wpisie Joasia ubolewa też, że Polska nie jest taka jak Francja. Jej głównym problemem jest rzekomo panujący w Polsce lęk przed muzułmanami. Reasumując, Joasia ma prawo bać się Polaków, ale Polacy nie mają prawa bać się muzułmanów. Już mamy pierwszy przejaw hipokryzji, ale po kolei! Odpisałam na ten, pożal się Boże, elaborat i między mną a Joasią wywiązała się dyskusja, której fragmenty tutaj przytoczę i rozwinę niektóre tematy.
Po pierwsze zupełnie nie rozumiem co jest złego w rzucaniu się w oczy w obcym kraju, zwłaszcza kiedy ewidentnie wygląda się inaczej niż miejscowa ludność. To jest normalne i trzeba się z tym liczyć. Będziemy przyciągać spojrzenia, będziemy budzić emocje, będziemy dla miejscowych atrakcją. Kiedy przyjechałam do domu mojego gospodarza w Sale w Maroku, wszystkie spojrzenia były na mnie i moich polskich koleżankach, ponieważ byłyśmy inne. Tak samo kiedy ktoś o ewidentnie orientalnych rysach twarzy, do tego ubrany w tradycyjny dla swojej kultury strój przyjedzie do Polski. Będzie dla miejscowych atrakcją, ponieważ nie jest to na co dzień spotykane. Twierdzenie, że na muzułmankę w Polsce zaraz rzuci się stado rasistów przed którymi Joasia będzie musiała ją chronić jest co najmniej śmieszne. Sam tekst o zerwaniu chusty to są już jakieś jaja albo ostre prochy. Śmiem twierdzić, że gdybym ja przeszła się ubrana po europejsku (krótkie spodenki, bluzeczka na ramiączkach, brak chusty) po ulicy w Teheranie, lub Bagdadzie to wydaje się możliwe iż mogą mnie spotkać pewne nieprzyjemności. Śmiem jednak wątpić, że podobne nieprzyjemności czekają na muzułmankę ubraną w hijab w Polsce. 

Polska rasistka na chwilę przed zdarciem muzułmance chusty z głowy

niedziela, 24 września 2017

Kilka mitów o studiowaniu w Wielkiej Brytanii

Wbrew powszechnie panującej opinii studiowanie za granicą nie jest zarezerwowane dla wąskiej grupy szczęściarzy. Każdy jest w stanie wyjechać na studia do Wielkiej Brytanii i nie potrzeba do tego żadnych szczególnych uzdolnień. W tym poście chciałabym obalić kilka bardzo powszechnych mitów które krążą wśród Polaków i bynajmniej nie działają motywująco na przyszłych studentów. Sama na początku byłam nieco zagubiona a brak rzetelnych informacji w sieci mi nie pomagał. Po pierwsze i najważniejsze: Nie taki diabeł straszny jak go malują!
Wycieczka na Snowdon - najwyższy szczyt Walii ze Studenckim Kołem Górskim

piątek, 14 kwietnia 2017

Autostopem na Lodowiec Mýrdalsjökull!

W nocy wcale nie było aż tak źle. Spodziewałam się, że wymarznę za wszystkie czasy, ale mój super śpiwór jak zwykle sprawdził się w sytuacji kryzysowej. Traf chciał, że musiałam przespać się w namiocie w rowie przy drodze w jakimś miasteczku przy Reykiaviku bo koleś z informacji turystycznej chyba przybył z innego wymiaru i pokierował mnie w zupełnie inna część miasta niż ta w której docelowo miałam się znaleźć. Gdy odkryłam, że jestem w zupełnie innym miejscu nie miałam już wiary w dalsze poszukiwania domu kolegi i postanowiłam przespać się w rowie. Nie było źle, było nawet całkiem nieźle gdyby nie to że wiało nie z tej ziemi i co chwilę przejeżdżały jakieś auta. Dawno mnie tak nie wywiało, gorzej było tylko jak kiedyś rozbiłam się na plaży w Allichies w Irlandii. Wtedy to już naprawdę myślałam, że mnie zmiecie, namiotem tak szastało, że szurał o piach.
Krater wulkanu Kerid, w którym często organizowane są koncerty! Artyści występują na tratwie dryfującej na jeziorze podczas gdy widownia siedzi na zboczach krateru.

czwartek, 5 stycznia 2017

Podsumowanie roku 2016

Nigdy nie czułam potrzeby pisania tak zwanych podsumowań roku. Nie kręciło mnie to w żaden sposób i nie widziałam za bardzo sensu opisywania wszystkiego w pigułce. Jednak ostatnio przeczytałam kilka takich postów na innych, dojrzalszych blogach podróżniczych i stwierdziłam - w sumie czemu nie napisać czegoś podobnego? Może nawet wyjdzie z tego fajny, ciekawy wpis podsumowujący krótko cały rok, który był dla mnie niezwykle intensywny. Także, oto i ono: podsumowanie roku 2016 Na Rozdrożu.

Świątynia Wat Arun w Bangkoku

niedziela, 27 listopada 2016

Tajska szopka - o turystyce w Tajlandii

Podróż do Tajlandii zaczęła się pewnego dnia o czwartej rano w salce komputerowej mojego walijskiego uniwerka kiedy to będąc na wpół przytomna zakupiłam bilety lotnicze linii AirIndia z Dubaju do Bangkoku z około 20 godzinną przesiadką w Mumbaju w Indiach. Gdy koła samolotu w końcu zaryły w płytę lotniska Suvarnabhumi, a ja złapałam pierwszy pełny oddech od czasu wejścia do samolotu (nigdy więcej AirIndia) myślałam, że zaczyna się przygoda. Przygoda przybrała jednak zupełnie inny obrót niż się spodziewałam.

                              Grand Palace w Bangkoku